poniedziałek, 17 czerwca 2019

Przed sanatorium

Pojechałam na skraj na dwie doby, by przed wyjazdem do sanatorium zrobić trzy pilne i perspektywiczne prace.
1. Przyciąć żywopłot z ligustru i dzikiego wina nowo zakupionymi nożycami a właściwie to jakby wielkim sekatorem.
2. Skosić z Władzią Narożną działeczkę, by wiedziała co i jak, gdy ja się będę w upale wkurzała w sanatorium
3. Założyć siatkę przeciw ptakom na walącym się stelażu borówki amerykańskiej.
Trzy zadania na dwa dni to naprawdę lajtowy pobyt.

Jak zwykle w pierwszy dzień tylko obkosiłam ścieżkę od furtki do schodów i prostokąt pod autko. Wczesne popołudnie, 32 stopnie w cieniu, trzy przerwy w jako tako chłodnej izbie. Wieczorem chciałam jeszcze podwiązać pomidory ale komary tak szalały, że tylko podwiązałam trzy i uciekłam do izby już niezbyt chłodnej, 27 stopni. Obiadokolacja to kawałeczek pieczonego kuraka z ugotowanym w wodzie z ziołami ryżem i maślanka. Kupiłam połowę pieczonego bo wiedziałam, że w takich temperaturach nie będę kucharzyć a nie sprzedawali ćwiartek. Noc jasna, księżyc prawie w pełni, rozwiesiłam moskitierę, pootwierałam okna i położyłam się spać.

Obudziłam się o czwartej bo Marysia z Pogórza napisała, że po czwartej już śmiga. Nawet wyplątałam się z moskitiery i  przyodziawszy co nieco wyszłam na działkę ale rosa na wszystkim, ani przycinać żywopłot ani rozkładać siatkę. A przede wszystkim o takiej porze jam niekumata. Więc wróciłam do łóżeczka w chłodnej izbie i usnęłam na dobre a sny miałam przecudne. Obudziłam się o szóstej, to nadal dla mnie pogańska pora ale chociaż słoneczko już wysoko, temperatury jeszcze znośne. Nowe nożyce - sekator w dłoń i jazda. "Najpierw powoli, jak żółw ociężale", ciach ciach od góry. Przyciąć, wytrzepać, zebrać i do przodu. Wpadłam w rytm, "gna coraz prędzej. A dokąd, a dokąd, na wprost ..." Ocknęłam się na końcu, góra jako tako ale jeszcze boki a właściwie jeden bok. A jam cała mokrutka, od rosy i od potu. Wróciłam do izby i padłam na wyrko sapiąc jak lokomotywa. Zeszło z pół godziny zanim się zebrałam, napiłam kefiru i przebrałam. Ale i tak uważam, że ten zakup to strzał w siódemkę, ponieważ są jeszcze takie nożyce elektryczne, gdzie nie trzeba robić ciach, ciach tylko pilnować kabla i to ta dziesiątka. Ale dotychczas, przez pięć lat przycinałam ligustr i dzikie wino małym sekatorkiem wiec to dla mnie postęp. A i żywopłot jeszcze stosunkowo młody.
Po przerwie znowu "Najpierw powoli, jak żółw ociężale", ciachu ciach z boku żywopłotu, teraz gorzej bo w przykucu. 'I gna coraz prędzej, a czemu tak gna, a co to, co to to, kto to to tak pcha ....' A upał i słońce coraz wyżej i temperatury do góry tak pchają. Końcówka już krzywa i nierówna ale mam to za nic i idę odsapnąć.
Szklanka maślanki, prysznic, drzemka a gdy o dziewiątej przychodzi Władzia Narożna jam już gotowa do nauczania. Najpierw gadamy i odpoczywamy w izbie jeszcze niegorącej choć bardzo ciepłej. Jeszcze przed południem Władzia kosi a ja nadzoruję i obchodzę działeczkę z aparatem. Często dumam, żeby olać działeczkę, warzywa i kwiaty i tylko kosić jak większość sąsiadów ale jak tu się pozbawiać takich widoków?

Kupiłam dwa lata temu dwa powojniki by się wiły na kratkach tarasu. Jeden  miał być biały a drugi fioletowy, chciałam by się ładnie kontrastowały. A wyszły dwa białe, dobrze chociaż, że jeden płatkowy a drugi pełny. Hołubię mały, błękitny akcencik przed tarasem chociaż to sprawa przegrana.

Od południowej strony słońce w maximum ledwo muska dół okien, przez to izba się tak bardzo nie nagrzewa, nawet przy otwartej okiennicy kuchennej.

I to tyle na dzisiaj, dwa punkty z listy wykonane. Wieczorową porą nie wytrzymałam i podlałam wszystko, razem z drzewkami. Właściwie to nie powinno się podlewać sporadycznie bo roślinki wtedy zakorzeniają się płytko ale to przyjemnie tak stać ze szlauchem w ręce i patrzeć jak mgiełka budzi do życia omdlałe w upale rośliny.

Nazajutrz znowu pobudka rano ale nie o czwartej. Przed szóstą już jestem przy borówkach, słońce za malowniczymi chmurkami, może będzie lepszy dzień bo wczoraj niebo było jednolicie, monotonnie jasnoniebieskie. Najpierw poprawiam stelaż, który się chwieje i rozwala, trzeba będzie pomyśleć o nowym na następny sezon bo inaczej nawet nie posmakuję jagódek, ptaszory wszystko zjedzą. A potem mozolne rozpinanie siatki na nim.
Jeszcze tylko pozmywać, zebrać drobiazgi i resztę jedzenia z lodówki, przebrać się i do domu. A tam pakowanie, bo we wtorek jadę do sanatorium. Zabezpieczone mieszkanie i chatta, sąsiedzi i znajomi będą kosić, podlewać, wietrzyć i w ogóle  pilnować. Więc jam spokojna i wdzięczna, zwłaszcza Władzi i Jasiowi. Podziękuję po powrocie :-)))

A na koniec zagadka. Kupiłam ale zapominałam jak się nazywa.

wtorek, 11 czerwca 2019

Przeszkadzajki

Tydzień temu zadzwonił Mistrz, że skończył izolować i wykańczać południową ścianę więc oczywiste że chciałam tam pojechać jak najszybciej, by zobaczyć dzieło. Chciałam ale w planie wcześniejsze plany i zobowiązania. Wreszcie nadchodzi ten dzień, dziś pojadę i zobaczę. Ale od rana pada, na dworze ledwo 9 stopni, zimno i mokro, sama ciekawość nie wystarczy, mam jeszcze w planie koszenie i odchwaszczanie. Postanawiam, że pojadę jutro. A rano wstałam z bólem gardła i głowy, kichająca i zła na przeszkadzajkę więc kilka pastylek do ssania, 5 rutinoscorbinów, jedna przeciwbólowa. Pakowanie torby i koszyka zmęczyło mnie tak bardzo, że położyłam się na chwilę a przespałam trzy godziny. Już popołudnie, gardło boli jakby mniej ale słaba jakaś jestem. Wcześnie kładę się spać, pojadę jutro raniutko. W nocy obudził mnie dławiący ból wieńcowy, lęk i niepokój. Poczekałam z godzinę ale nic lepiej, więc psiknęłam Nitro (troszkę przeterminowane jak się okazało). Do lęku dołączyła się złość, bo dziś już naprawdę czas na wyjazd i pogoda zapowiada się dobra i sobota to robota. Jakoś przedrzemałam do rana, ból mostkowy się zmniejszył ale głowa boli coraz bardziej. Zmierzyłam ciśnienie 193/104/100. Niewesoło. Wprawdzie nie wierzę, że norma to 120/80/60 ale takie jakie mam i mnie wydaje się za wysokie. Ale mam przecież Captopril, no tyle, że też się okazał przeterminowany i to sporo bo tabletki kruszyły się w palcach. Zgodnie z zaleceniami prowokowałam mocny kaszel, masowałam punkt na stopie, ziewałam i oddychałam głęboko. Troszkę pomogło, następny pomiar to 168/100/101, ale nie czuję się dobrze. Ucisk słabszy ale nadal trwa, i te stany lękowe - w takim stanie nie pojadę. Przychodnie zamknięte więc idę do apteki z tymi moimi przeterminowanymi lekami ratującymi życie, może coś pomogą. W pierwszej nie pomogą, bo Nitro i Captopril tylko na receptę i to z jakiejś wysokiej grupy, radzą dzwonić po pogotowie, dostanę zastrzyk i od razu się poprawi. W drugiej także radzą pogotowie albo pochodzić po sąsiadach, może ktoś ma. Dopiero w trzeciej, gdy mierzę ciśnienie i wychodzi 204/105/116 farmaceutka pożycza mi Captopril. Zażywam dwie od razu w aptece i gdy dochodzę do domu już lepiej. Jednak dziś nie pojadę choć czuję się coraz lepiej i ciśnienie już 158/88/90. Ale coraz cieplej a nawet goręcej.
Jechanie w niedzielę nie ma sensu, bo ani pracować a i z dostępem do służby zdrowia jeszcze trudniej.

Ale wreszcie zwalczyłam wszystkie przeszkadzajki i w poniedziałek dobrnęłam do chatty. Upał popołudniu więc tylko obkosiłam ścieżkę od furtki do schodków i padłam z książką na tarasie do wieczora.

Nazajutrz przysypałam rankiem bo noc była ciężka i trudno się było zebrać z wyrka. Ale przyszła Władzia więc musiałam się zmobilizować i dobrze mi to zrobiło. Nawet zaczęłam kosić dopołudnia ale noże w kosiarce tępe, tylko szarpią trawę i stokrotki.

Na obiad truskawki ze śmietaną, jeszcze nie moje.
Poprzycinałam krzewy, powyrywałam duże pokrzywy, chwasty, trawy .... i znowu na sjestę na tarasie. Na kolację sałatka z tego co na grządkach i kefir, dużo kefiru.

Na szczęście w izbie chłodno, mam nadzieję, że to dzięki tej inwestycji w okna i ściany. I mówią, że chatta pięknieje, tylko jeszcze na okiennicach wymalować kwiaty.

W ostatni dzień obeszłam nowe inwestycje nad zalewem, wszystko cacy tylko WC zamknięte. Zupełnie jak na przystanku w moim miasteczku.

 Popołudniu powrót. Mimo mgły na skraju, po drodze zachód słońca spektakularny !!!
 
Wróciłam z dwoma kleszczami i pokrzywką, jakieś uczulenie. Cała w plamach i swędzi jak cholercia. Albo te chwaściory powyżej kolan wyrywane rękami, albo to co siedziało w tych chwastach albo truskawki. Nawet podejrzewałam półpaśca bo głównie prawa strona ale wyczytałam, że tam raczej pęcherze niż plamy.  Więc wapno,  allertec, puder z anestyzyną i fruuuu do siostrzyczki.