Idziemy z bagażami do mieszkanka wnusia Dżeja, z przygodami i przeszkodami, bo miejscówkę mają zaiste centralną, na tyłach Krakowskiego Przedmieścia, obok pałacu prezydenckiego i pomnika Mickiewicza. A 1 września teren obstawiony mundurowymi i każdy skory do legitymowania, przepytywania i pokazywania na różne sposoby jaki jest ważny.



Wreszcie udaje się dojść. Jakie to urocze gniazdko! Maleńkie ale przytulne, dziś najbardziej zaopiekowane i pilnowane. Agatka jeszcze nie całkiem zdrowa ale dzielna, jest upał więc tylko popijamy, gadamy, rozmawiamy, się nawilżamy i wyglądamy przez balkon na plac Piłsudskiego. A ja focę i zaglądam w każdy kąt, jak to kochająca ale ciekawska Babcia. Czas się zbierać bo południe.
Czasu nie mamy za wiele, właściwie to dwie godziny, na Łazienki za mało. Chcemy ominąć teren państwowych uroczystości 80 lecia rozpoczęcia II wojny światowej więc idziemy tam, gdzie pokemony. Ta gra w moim życiu pojawia się i znika, pierwszy raz chyba jesienią 2016 roku TUTAJ
I podoba mi się hasło przewodnie: Złap je wszystkie w realnym świecie.


Więc najpierw przez Moliera, Senatorską i Miodową w stronę Ogrodu Krasińskich, bo tam czeka szczególny okaz, do złapania którego potrzeba siedmiu członków klubu. Bo gra, oprócz tego że zmusza do chodzenia i spacerowania, potrzebuje też solidarności i współpracy. Po drodze widzimy w oddali pomnik Bohaterów Warszawy Nike i to dla mnie też jest Syrena. Zaraz potem, przy placu Krasińskich, na tle Pałacu Sprawiedliwości, zaskakującej i fascynującej budowli, równie zdumiewający i oszałamiający Pomnik Powstania Warszawskiego.
Wreszcie Ogród Krasińskich. Czekamy na innych uczestników gry w pięknych okolicznościach przyrody. Maro wypatruje ich wirtualnie, ja rozpatruję się w papierowym planie a Asia odpoczywa ale czuwa nad całością. Niestety, uczestnicy zawiedli ale na moment przed naszym odejściem przypłynęły zewsząd kaczki i przyleciały gołębie, czyżby to zdążyli na czas uczestnicy zaklęci w ptaki?

Na nas już czas. W drodze powrotnej przez Świętojerską i Freta, znowu przez Barbakan i Rynek na plac Zamkowy, tym razem pusty i zablokowany.


Wstępujemy po bagaże do Młodych i idziemy przez Krakowskie przedmieście z Dżejem, który jako mieszkaniec Warszawki od roku, odprowadza nas do metra.

Wreszcie jedziemy metrem po raz ostatni. Bardzo miło będę wspominała metro, ani ono jak w Budapeszcie czy Paryżu, tylko dwie linie ale wagoniki czyściutkie, często i szybko podjeżdżają po pasażerów. Tu się przesiadamy na IC - jeden przystanek do dworca Zachodniego skąd się rozjeżdżamy, ja do B a młodzi do Wrocka. Żal, że po trzech dniach się trzeba rozstać ale dobrze, że udało nam się spotkać.
Chyba trochę poplątały mi się zdjęcia z tych trzech dni ale to nieważne, to były takie dni poza czasem, pełne emocji, wrażeń, czułości .... po prostu to były piękne dni .....






