niedziela, 8 lipca 2018

KALPAPADA - Świat I - Dziki i naturalny

Było już "W 80 dni dookoła świata" a ja zamierzam odwiedzić trzy światy w trzy tygodnie.
Świat pierwszy - Dziki i naturalny - to warsztaty "Parmakultura w projektowaniu siedlisk"
Świat drugi - Namioty i klasztorne mury - to SLOT ART FESTIVAL w Lubiążu
Świat trzeci - Dostatni i mieszczański - to Bergamo i Como
Tutaj świat pierwszy - Dziki i komfortowy - KALPAPADA
Jadę tam właściwie nie po wiedzę i naukę, tylko z ciekawości, jak ludzie żyją obok systemu, korzystając ze zdobyczy cywilizacji ale się od nich nie uzależniając, czyli tak jak mi się marzy. Ciągle jeszcze pamiętam, nie tak dawne czasy, gdy w maleńkim, białym domku, bez prądu i wody, spędzałam dni nawet w zimie i to była cudna przygoda ale to było kilka dni w miesiącu a nie codziennie. I ja wracałam do cywilizacji, do prądu i ciepłej wody a oni tam cały rok, codziennie, dzień po dniu. Ale miło mi wracać do tych wspomnień i moja dusza tęskni do takiego dzikiego życia, choć ciało już za duszą nie nadąża.

No i pojechałam.
Totalne zaskoczenie, chociaż przecież czytam bloga Kalpapady. Klimat biwaku, wakacji, przygody. Piękne, urokliwe, spokojne miejsce. Dzikie życie bez poświęcania komfortu.

Wieczorem kolacja ugotowana w kociołku przy ognisku i rozmowy do późnej nocy. Urzekł mnie ten niezbędny tu luksus, gdy światła wyprzedzają kroki i zapalają się tam, gdzie się idzie. Tutaj czujniki ruchu to konieczność, bo teren nierówny i spadzisty.

Noc niewiele przespana bo w takiej ciszy, gdzie słychać każdy dźwięk, trudno usnąć. A nocne życie tu bujne, zwłaszcza gdy się śpi w maleńkim namiocie, prawie na ziemi. Fauna drobna ale aktywna nocą, tupania, sapania, szurania, stukania. Namiot dzieliłam z muszkami bo zamki niezbyt szczelne, z poduchy materaca uchodziło powietrze a skośny sufit był klaustrofobicznie blisko mojej twarzy - to nie to co komfort rodzinnego, SLOT - owego namiotu. Ale za to wstałam wcześnie, zaraz po słońcu i spokojnie, bez pospiechu, z aparatem obeszłam centrum siedziska i nawet ani, ani się nie bałam wielkiego psa, który pilnował chaty gospodarzy.

Z tym psiakiem Bheru łatwo się zaprzyjaźnić. To wielki, spokojny, ignorujący gości pies, który głównie polegiwał przy kuchni, pozwalając się każdemu, w tym i mnie, głaskać, przytulać i przemawiać doń czule.
Letnia kuchnia z nieodmiennie wzruszającym wielkim stołem, długą ławą, kuchennym piecem na którym zawsze stał gar ciepłego kompotu. I cudowne potrawy Nikoli z pastą z groszku i fasoli na czele. Ale i kotlety sojowe w jarzynach łaskotały przyjemnie podniebienie i kazały wziąć dokładkę. To będą moje inspiracje do potraw bezmięsnych. Dziękuję Ci Nikola za serdeczność i łagodność.

Uczestnicy warsztatów to fani i pasjonaci parmakultury i mają dużo wiedzy na te tematy, ale chociaż jestem amatorką i dyletantką nie czułam się tam źle, bo jestem entuzjastką i zwolenniczką tego trybu życia. I chociaż pojechałam tam głównie po wrażenia i emocje, mnóstwo się dowiedziałam i tu zapisuję chaotycznie ale dla pamięci.:
Bill Mollison, Geoff Lawton, Sepp Holzen
Stefan Sobkowiak - Miracle Farm
Barbara Styczeń - Chwasting
Ogrody Gai
Książka "Rozmowy dzikiego życia"
Ogród leśny, grządki kaskadowe ....
O ile Panią kuchni, uroczych detali, serdecznej opieki jest Nikola, to Panem tego obiektu jest Marcin. Człowiek rozległej wiedzy gromadzonej latami, dużej praktyki zdobytej tutaj, ogromnych i ciekawych planów, znacznych możliwości z racji pracowitości, cierpliwości i uporu. Chce i umie dzielić się tym z każdym, kto tego pragnie i potrzebuje. Zresztą jedną z naczelnych zasad parmakultury jest: podział nadmiaru a On tej wiedzy ma mnóstwo, chociaż czy nadmiar? Ale z wiedzą, czułością, dostatkiem i wielu innymi wartościami jest tak, że jak się dzielisz to się mnoży. Jak w tej bajce o ciepłym i puchatym. Dziękuję Ci Marcin za serdeczność i hojność.

Dróżki i ścieżki częściej wydeptane niż wykoszone, schodki wycięte w ziemi, te główne wyłożone kamieniami tworzą istny labirynt wokół budynków, wiat, zbiorników, składowisk, drzew, grządek.....

Urzekł mnie też system zbierania i rozdziału wody, to istny majstersztyk, od wody opadowej do kuchni, toalety, prysznica, podlewania.....

Jest też jeszcze mnóstwo urokliwych zakątków, pomysłowych i praktycznych budowli i rozwiązań, prawie z niczego. Ot, drewno którego mnóstwo jest wokół, glina która jest pod stopami, słoma od sąsiada i piasek, palety ze składowiska. Zrobiłam z pół tysiąca zdjęć ale nie sposób tu zamieścić nawet ćwiartki. A i tak jest to foto-post. Po prostu trzeba tu przyjechać, zobaczyć na własne oczy, poczuć własnym sercem i zakochać się bezprzytomnie. Każdy tu coś znajdzie dla siebie.

No i wspaniałe warsztaty z budowania z gliny, piasku, wody i słomy. Tym razem budowaliśmy schowek na butle gazowe, bo to też jest potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa. Trwało to ze trzy godziny więc pozwala się zorientować, ile trwało i wymagało wysiłku, cierpliwości i samozaparcia, budowanie domku.

Co wniosę do siebie.
Na pewno toaletę kompostującą na cztery mroźne miesiące.
Przydałyby się grządki wyniesione by się nie musieć schylać i to zrobiłabym sama ale nie mam konarów ze starych drzew. Ale mogę mieć kostki słomy lub palety.
Prawie na pewno piec kuchni letniej ale chyba nie dam rady sama i poproszę Marcina. Tylko wcześniej trzeba się postarać o żeliwną płytę z fajerkami i trochę cegieł.
Chciałabym też mieć wysoką dziką łąkę i tylko wydeptane w niej ścieżki i tak zrobię jak całkiem zepsuje mi się kosiarka. I to chyba będzie niezadługo bo już ledwo zipie.
Już stosuję gildie bo na jednej grządce miedzy fasolką tyczną sadzę pomidory a po ziemi ścielą się ogórki lub cukinia.
W mojej zagrodzie też nic się nie marnuje, wszystko wraca na zagonki. Po kilku dniach, śmieci do wyrzucenia mieszczą się w pudełku po lodach, często niepełnym.