środa, 12 września 2018

Nabytki i przemeblowania

Nabyłam tej nietypowej wiosny, do chatty, kuchnię blado-błękitną a teraz się zastanawiam, czy rzeczywiście mi potrzebna bo całe lato kucharzę na zewnątrz. Ale przecież przyjdą chłodne a nawet zimne dni i wtedy się przyda. Narazie napatrzam się bo jest piękna, chociaż jakościowo przeciętna bo z płyt a nie z drewna i blat też z płyty a nie z płytek. Mimo to lubię głaskać powierzchnię blatu i dotykać zachwycających mnie uchwytów. Niby drobiazgi ale jak cieszą! Właściwie to kuchnia moich sennych marzeń do mieszkania, bo ta, którą tam mam, ma już około 30 lat. Trochę głupio mieć kuchnię w letniskowej chatcie dużo nowszą i piękniejszą niż w mieszkaniu ale do tej starej się przyzwyczaiłam a jak mówią, przyzwyczajenie drugą naturą człowieka. Jam stara i kuchnia w mieszkaniu stara i od dawna się przyjaźnimy a już od czasu gdy połączyłam kuchnię z gabinetem, salonem i sypialnią ( w jednym) to miłość do grobowej deski. A ta nowa to kaprys, zachciewajka, zauroczenie, kochaneczka urocza choć zbędna.
Kuchnię urządzam powoli, nawet bardzo powoli bo od czerwca a jeszcze część kuchennych przydasi jest w pokoju gościnnym, który mało w tym roku jest używany. No i jeszcze zlew i kran nie zamontowane, bo mi się latem nie spieszy do zmywania w chatcie a zimą to niemożliwe bo wyłączamy wodę. A i pod blatem miejsce czeka na jakiś sprzęt i poczeka dłuuugo, narazie to miejsce na krzesło i podręczną miskę albo miednicę. Cóż, narazie to kuchnia do patrzenia i głaskania, bo ani w niej gotować ani zmywać, ot wody nagrzać na poranną kawkę.

Kto by chciał latem gotować w najpiękniejszej nawet kuchni, gdy się ma Taki Taras. Mój taras jeszcze letni, chociaż już czuć zbliżającą się Panią Jesień bo i mgły i pajęczynki po porannej rosie. Odkurzyłam moskitierę, która się nie sprawdziła jako nocna ale jako dzienna i wieczorowa i owszem. Wygląda cudnie i nie dopuszcza do mnie much, komarów, ciem, os i szerszeni. Ostatnie przetasowania w związku z opróżnieniem poprzedniego, prowizorycznego kącika kuchennego zaowocowały totalnym zagraceniem tarasu, bo wyniosłam na niego, też prowizorycznie, dwie szafki i stół a na jesień dojdzie jeszcze drewno. Ale teraz wygląda jak letni pokój a moskitiera, owalne lustro i otwierany lufcik w oknie przy grilu, są zabawnym podkreśleniem jego wszechstronnych funkcji.
 
Nie ma już okrągłego grilla z ostatniego posta, rozkraczył się mój grill wieloletni, przepalony i przerdzewiały, który cóż, miał prawie 10 lat a ja go nie oszczędzałam, paliłam na nim głównie patykami i gałęziami. Poszłam do marketu ogrodniczego i mniemałam, że pod koniec sezonu będą obniżki i przeceny. Nic mylniejszego, towar przetrzebiony, wymackany, zdekompletowany a ceny stałe. Kusiło mnie by poczekać z zakupem do wiosny ale ja tak lubię ogniska na tarasie w deszczowe dni !!! I kupiłam niewielki, poręczny, mobilny, grill prostokątny, w zgrabnym pudełku. Niby prosty ale nie udało mi się go zmontować, mimo kilkukrotnego przeczytania instrukcji bo wskazówki w niej zawarte, kłóciły się z moją wiedzą inżynierską. Kilka razy było już tuż, tuż ale w końcu, jak zwykle, poprosiłam o uczynnego sąsiada. Ten w mig zmontował grilla nawet za bardzo nie przejmując się instrukcją. Grill idealnie wpasował się w miejsce, które miałam dla niego na tarasie. Na deszczowe dni jesienne będzie w sam raz, gdy ognisko niemożliwe. I będę wtedy ciepło myślała o moich uczynnych sąsiadach.
.
Czytam po raz któryś."Sama na oceanach" Noami James i znajduję dużo podobieństwa teraz, w środku tygodnia, gdy dookoła nie ma nikogo. I jak ona, nie czuję się samotna. Ona smakuje, gotuje, drzemie, stawia kliwer, genuę, foka, wypompowuje wodę, wymienia i naprawia płetwy samosteru, uwalnia żagle, czyści i smaruje urządzenia, dryfuje, robi notatki ..... a ja przycinam winogrona, wycinam zioła i je wieszam na tarasie i w izbie, zbieram maliny, jeżyny i przerabiam na sok i nalewki, wycinam łęty, łodygi, palę ogniska, poszerzam ścieżkę od południa a zwężam od północy, zbieram fasolkę, cukinię i gotuję, smakuję, fotografuję ....

Tu jest mała zmyłka bez nagrody za odgadnięcie, chociaż jestem pewna, że Grażka, jak zaglądnie , to wypatrzy. Pozdrawiam Cię Grażko!

Garść rozmaitości dla pamięci - początek września 2018 rok.

A na moim miasteczkowym balkonie już jesiennie.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Wakacje od chatty?

       Tak się zdarzyło w tym roku, że prawie dwa miesiące miałam 'wakacje' od działki i chatty. Wyobrażacie sobie jak zarosło, jak się skłębiło, jak przekwitło i dojrzało spadając na ziemię. Po powrocie na całej działce głównie zielono i żółto. Oj, miały w tym roku u mnie ptaki i drobne gryzonie pełną stołówkę. A ja nie miałam kłopotu z tak powszechną wokół klęską urodzaju, sama nie wiem czy na szczęście czy na nieszczęście. Kosiareczka nie dała rady, stępiła się i silnik chyba kaput. Sekator też stępiony. Ot, znowu koszty. W dodatku w mieszkaniu fachman wyczaił nieszczelność w piecyku gazowym, nie wiadomo czy da się naprawić. A dostawca internetu nie reaguje na kilkanaście telefonów, sms-ów i nagrań na pocztę głosową, chociaż nie mam już internetu od kilku dni.

Po powrocie wcale nie odpoczywałam jak sugeruje Maria i jak powinnam, bo opiekunki szwagra miały wakacje i połowę sierpnia spędziłam w Mielcu. Ale było dobrze, siostrzyczka najmilejsza, podwórze i taras jak we Włoszech, widoki u niej z okna cudne.

A w dłuuugi sierpniowy weekend przyjechała córeńka i to dopiero był sprint. Wieczór, noc i dopołudnie w Mielcu u Halinki i Henia, tamżesz wizyta w Jadernówce, w muzeum fotograficznym i na wystawie aktu.

Popołudnie u Zoni, naszej ulubionej bratowej, która inwestuje co roku nie tylko w pomidory.
I jak zapowiada, kultowa wanna za rok może zniknąć.

A nazajutrz do południe u Marcina w Kalpapadzie bo córeńka chciała na własne oczy zobaczyć i poczuć, jak to jest mieszkać i żyć na takim niezwykłym uroczysku. Dziękuję Marcinku, że nas przyjąłeś tak prosto z naszej i twojej Drogi.

Popołudniem jeszcze godzinka u Cesi, bo to po drodze do naszej chatty na skraju. A po drodze do niej Manasterz, gdzie zatrzymał nas stok z widokiem, na którym na starym cmentarzu była droga krzyżowa z trzy-krzyżową Golgotą.

Czesia właśnie  wyjeżdża do swojego uzdrowiskowego apartamentu więc obdarowała nas sporą ilością brzoskwiń prosto z drzewka. Oj, zarasta nam Czesia!

A wieczorem w chatcie pracochłonne poprawianie stołu tarasowego i przykręcanie blatu mojego ulubionego stołu z płytek Herkulanum Pompei
I chociaż inspiratorką, inicjatorką i w ogóle spiritus movens tej trasy i tych odwiedzin była moja ukochana Córcia, wcale prawie nie ma jej na zdjęciach, bo ja, jakoś z tej radości zapomniałam aparatu i to ona dokumentowała wydarzenia.
Nazajutrz mamy gości na skraju, winko mołdawskie, malowanie zachodniej ściany, obiad pod lipką. Na deser malinki, jeżyny i borówki prosto z krzaczka. Miało być jeszcze wielkie ognisko i podziwianie nocnego nieba ale goście spieszyli do domu bo tam czekał piesek. Więc i my wróciłyśmy.

Dobry to był czas wakacyjny, intensywny, rodzinny, gościnny. I My odwiedzaliśmy i Nas odwiedzano