czwartek, 11 października 2018

Łódź - nie tylko światło i dźwięk cz 2

No więc spacerkiem, w słoneczne dopołudnie, doszłyśmy do Muzeum Kinematografii. Myślałyśmy, że na godzinkę ale się okazało, że tam rozmaitości wiele, bo i sprzęt filmowy i wnętrza pałacowe i scenografie i fotoplastikon i bajki, dla każdego coś miłego!

Wreszcie, po zwiedzeniu czterech "etaży" wyszłyśmy na zewnątrz a tam też rekwizyty, tym razem z filmu "King size".

A potem odpoczynek w parku, w "Alebajce" , urokliwej kawiarence, gdzie, a jakże, wszędzie książki. Mały lunch w przyjaznym miejscu i z mapą papierową i opisem atrakcji zdecydowałyśmy, co dalej.

Chodziło się dobrze, czas jeszcze był, więc odszukałyśmy Palmiarnię, w planie też na chwilę. Ale znowu okazało się, że to nie tylko palmy ale kaktusy, bananowce, złote rybki, wodne żółwie, ogród motyli, okazy bonsai i wiele innych zielonawych atrakcji. Trafiłyśmy nawet na pokaz formowania drzewek  w stylu bonsai. Zanęciłam się teoretycznie a moja córuś, natychmiast po powrocie, przystrzygła fikusa. 
Jednak zmęczone, bo to sześć godzin zwiedzania, pojechałyśmy odnaleźć hotel na drugą noc - Lawenda. Asia się zdecydowała zostać do jutra, było trochę kłopotu ze zwrotem biletu i zakupem nowego ale się udało. Jeszcze jeden dzień z córeńką. 
I już szara godzina, czas na drugi dzień Festiwalu. Tym razem już wiedziałyśmy, gdzie się jeszcze udać, co powtórzyć. O ile wczoraj było tłoczno, to dzisiaj tłumy, szło się w żółwim tempie przepychając się między ludźmi. Zjadłyśmy obiadokolację w Manufakturze, to wyjątkowy na skalę europejską projekt rewitalizacji XIX wiecznej fabryki  Izraela Poznańskiego, teraz Centrum kulturalno - rozrywkowo- handlowe. A potem buszowanie po iluminacjach, widowiskach, rzeźbach świetlnych, koncertach w Parku Staromiejskim i na Piotrkowskiej, w tym dwukrotne oglądanie mappingu na Muzeum. Powrót ulicą Piotrkowską, tym razem z zaglądaniem do otwartych przynajmniej do północy, ciekawych sklepów i barów,  prawie do stajni jednorożców.
 
Dzień trzeci
Po wczesnym śniadaniu jedziemy na Dworzec Fabryczny. Ależ to moloch! Ale największym szokiem jest to, że jest prawie pusty, w olbrzymim obiekcie jesteśmy same i dwóch strażników. Bo to dworzec końcowy. Takie marnotrawstwo. I ten kontrast: wczoraj wieczorem takie tłumy, że szło się w procesyjnym tempie, światła, muzyka - a tutaj pustka i cisza, tylko odgłos naszych kroków. 
Asia odjeżdża a ja zostawiam bagaż i idę na dłuuugi, pożegnalny spacer bo mam ponad 6 godzin do odjazdu. Oczywiście idę na Piotrkowską.  Znowu słoneczny, rześki ranek. Mam czas, zaglądam w boczne uliczki i tak znajduję Pasaż Róży. Wszystkie elewacje pasażu obłożone mozaiką z niewielkich, nieregularnych luster. Dekoracja powstała w 2014 roku w ramach Festiwalu Czterech Kultur. Fascynujące miejsce. 
A potem szlakiem bajkowym i poetyckim i oczywiście odcinkiem Alei Gwiazd. Tam i z powrotem. Zatoczyłam krąg, od Soboru św. Aleksandra Newskiego do Dworca Fabrycznego. Budynki i rzeźby użyteczne, murale i zabytki, scenki rodzajowe i ciekawe miejsca ..... Zachwyty i zadumy.
I to już koniec Łodzi subiektywnej ad 2018. W domu jestem po drugiej w nocy.