Wysiadłam z autobusu na krzyżówce i waham się, czy targać na plecach te warzywa czy je oddać do domu seniora tuż obok. Ale słoneczko świeciło cudnie, pachniało wiosennym, wiejskim powietrzem i dobrze się szło. Po drodze, w ramach przerw koniecznych dla zdrowia, wstąpiłam do kapliczki, warsztatu samochodowego, do stolarza, do sklepu ... chociaż po wizycie w spożywczym plecak wypchany na full i wyraźnie ciężki, jako też siatka w ręce. Ale jestem już w połowie drogi, teraz tylko przez las, mosteczek, łączkę ... czyli przyjemnie.
Minęło 4 godziny od wyjścia z domu i jestem na skraju (autkiem zajmuje to niespełna godzinę), zadziwiona i oszołomiona fiołkowym bogactwem. Zrzucam plecak i buty na tarasie, biorę aparat i jeszcze przed zachodem cykam i focę, jakby mi to cudo miało zniknąć nazajutrz. Są wszędzie! Przy pniach drzew, przy obrzeżach, przy tujach, przy pniaczkach, przy krzakach, na trawniku !! Strach iść by je nie pognieść !!!
Wreszcie wracam bo bateria wyładowana. W izbie chłodno ale nie chciało mi się rozpalić piecyka, tylko rozpakowałam się, zjadłam kolację, ubrałam ciepłą piżamkę i do łóżka z Dąbrowską i pierwszą częścią "Nocy i dni" czyli Bogumiłem i Barbarą. Niezły czworokąt :-)
Dopiero nazajutrz zauważam inne zwiastuny wiosny ale narazie ważniejsze sprawy czyli sprawdzian wnusia po podstawówce. O przyzwoitej porze, bez wahania zadzwoniłam z życzeniami powodzenia a potem pozapalałam światełka i posyłałam Anioły. Miałam pretekst by nic nie robić, chociaż u dalszych sąsiadów praca wre. Więc tylko myślałam o moim mądrym i cudnym wnusiu i posyłałam mu wyrazy miłości. Otworzyłam okna na przestrzał, pierwszy raz w tym roku i ciepły wiaterek unosił zimowy kurz w wiosennym słońcu. Trzebaby się wziąć za porządki! Ale najpierw owe zwiastuny.
Po drugim śniadaniu sprzątanie pomieszczenia gospodarczego, bez konceptu ale z zamiarem zrobienia dojścia do regału i kanapy. W tym celu wystawiamy na zewnątrz białą szafkę i stół, zagracając z gracją paletę z resztką drewna. A potem wypijam kawkę w nowym kubku z ptaszkiem, niemrawo zdzierając nożykiem obłażącą z siedziska farbę.
Zmywam kurz wodą ze strumyka, z podłogi i z siebie i siadam na schodkach obserwując ptaki mające chęć na budkę lęgową. I waham się, czy im na to pozwolić bo w planie na to półrocze są hałaśliwe prace na tarasie i nie byłoby dobrze przeszkodzić im wtedy, gdy już będą pisklaczki. Nie podejmuję narazie decyzji, idę przygotować obiad.
Niezauważony i nie wykopany wczesną jesienią czosnek rozrósł się w pęczki zieleniny, teraz przerywam je mocno i mam naturalną przyprawę do posiłków. Jest wielokroć aromatyczniejsza niż czosnek niedźwiedzi, który u mnie, mimo starań się nie rozrasta. A gdy się jeszcze doda młody szczypiorek i lubczyk, to z każdej prostej potrawy czyni smakowitość. Waham się czy fiołków nie dodać ale ja nie jestem taka ekstrawagancka.
Po posprzątaniu gospodarczego została skrzynka drewnianych i kartonowych nieprzydasiów więc będzie ognisko, kto wie czy nie pierwsze tego roku. Rozpalam pęczkami zeszłorocznych ziół, które już oddały swoje aromaty wisząc na płocie a na ich miejsce wieszam te z izby. Znoszę jedlinę z zimowych okryć róż i młodych krzewów porzeczki i pigwy. Rozpalam wielki oczyszczający ogień i palę do późnej nocy.
Rano budzi mnie szamotanina, krzyki i piski. Czekam chwilę a gdy ucicha, powoli otwieram drzwi. Nic, cicho i spokojnie. Dopiero gdy schodzę z tarasu widzę piórka na ziemi i kilka kropli krwi. Czyżby walka o budkę? Nie dla mnie okrucieństwo natury, jestem przestraszona i decyduję, że w tym roku zamykam budkę. Po śniadaniu zabieram się za ogarnięcie izby ale już na początku, gdy zdejmuje zimową zasłonkę i kocyk uszczelniający z parapetu, aż zamieram! W fałdach kocyka dziesiątki a może i setki śpiących biedronek. Teraz wiem skąd ich tyle wyłaziło, gdy zimą ogrzałam izbę. Delikatnie wynoszę kocyk na północną, chłodną stronę pod tarasem, by jeszcze trochę pospały ale po godzinie już ich nie ma, gdzieś się rozeszły, chyba wróciły delikatnie i niezauważalnie do chatty i do izby. Wkurzył mnie syzyfowy charakter tej pracy więc bez wahania wybrałam się na spacer. A tu spodziewana niespodzianka, para łabędzi buduje gniazdo.
Dziś wcześnie rozpaliłam ognisko, by się nim nacieszyć, zanim z ciemnej chmury spadnie oczekiwany deszcz. Ale chmury przeszły i deszczu nie było.
Następny dzień pracowity jak zwykle przed wyjazdem. Mnóstwo prac pozaczynanych, niektóre zrobione do połowy a nieliczne nawet całe. Tyle ich, że wymienić trudno. Ale zawsze był czas na pogapienie się na motylki i trzmiele obiadujące na łanach fiołków i na promienie słoneczne podświetlające zjawiskowo wszystko wokół.
A wieczorem spadł długo oczekiwany deszcz i dogasające ognisko oglądałam zza szyby. Też piknie!
No tak, pozapuszczałam wici w sprawie blacharza niedrogiego i solidnego i stolarza taniego i uczciwego. Przez ponad tydzień cisza, gotowa byłam skorzystać z pierwszej otrzymanej oferty, bez wstępnych warunków czyli nawet drogo i niepewnie. A tu nagle wysypało i mam conajmniej dwie a w porywach trzy alternatywy. I znowu problem z nadmiarem i waham się, którego wybrać i czy ten wybrany będzie tym właściwym. W moim wieku takie możliwości raczej smucą niż cieszą.