sobota, 12 września 2015

Apatia, marazm, splin ...

 ... bezwolność, osowiałość, rozmamłanie, smuteczek .....
Od ponad tygodnia tak mam.
Mam nadzieję, doświadczenie i praktykę, że to stan przejściowy i minie jak przyszedł ale wtedy kiedy zechce i się wypełni. Dałoby się to przyspieszyć, są na to sposoby ale ten letarg, inercja, blokada ... Na szczęście znam przyczynę tego stanu i dotyczy on jednej sfery, bo przecież w międzyczasie zrobiłam gar gołąbków (warstwę z góry już pożarłam na gorąco, ciepło i zimno) i zabrałam się za zrobienie pierogów z kapustką (a to znane mi, najbardziej pracochłonne potrawy) byle tylko nie zacząć generalnego sprzątania mieszkania po remoncie i modernizacji. Wprawdzie wystarczyło mi pary tylko na zrobienie farszu kapuścianego ale to najbardziej pracochłonny element pierogów. A może będą z tego krokiety?
W dodatku nowy odkurzacz się zepsuł i to akurat zaraz po skończeniu gwarancji.

W chatcie to samo; niemoc, tumiwisizm, pasywizm .... Za wcześnie na jesienne sprzątanie bo jeszcze dojrzewają pomidory, ogórki, cukinia, fasola, poziomki, maliny ...

A już czekają plony winogronowe i mnie zasmucają bo co zrobić z takim nadmiarem? To dopiero drugi rok owocowania. Już się martwię co będzie za kilka lat, trzeba się będzie wziąć za produkcję winka gronowego.

I okno od zachodu trzebaby wymienić ale wtedy zarazem ścianę zaizolować. Jak zrobić utwardzenie terenu przy tarasie, by wykorzystać piasek to i poszerzyć ten taras. A może przede wszystkim kuchnię wreszcie skończyć ale to wymaga dopięcia projektu izby. I tak jedno pociąga drugie aż wcale nie chce się zaczynać.
Więc tylko patrzę w niebo, a jest na co, bo tam pocieszajki i chwilo trwaj, jesteś piękna. Co wieczór niebo niby takie samo ale całkiem inne.

Żeby nie było ze się skarżę. Robię tak bo mogę sobie na to pozwolić, sprzątanie nie kot, pies, koza i cierpliwie poczeka na wenę. Bo przyjdzie kiedyś dzień, dostanę szwunga, polotu, mocy i w dwa, trzy dni wysprzątam całość gruntownie i na cacy.

Oleńce, pod tym samym niebem, ku przestrodze :-))) Jak się nic nie musi to i mało się chce i niewiele potrzebuje. "A czy to dobre czy to złe, wiedzieć powinna każda dziewczyna ( to każdy chłopiec wiedzieć powinien)..."

Jednak pisanie pomaga, zaczęłam posta szaro i chmurno, kap, kap, kap a skończyłam kwiatowo i serduszkowo.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Wczesna jesień


Dwa tygodnie sierpnia i suszy zrobiło z bujnego lata wczesną jesień. Zmieniła się kolorystyka i światło. Ranki uroczo chłodne, obfite rosy. Nawet jeśli dam się naturze wyciągnąć z ciepłego łóżeczka na powitanie słońca, bo ta magia wstającego, czystego, pełnego możliwości dnia jest mocna i wygrywa czasem z moim wrodzonym sowim charakterem, to i tak w końcu  ląduję z rozgrzewającym kubkiem gorącej kawki, wdzięcznością, zachwytem i jakąś książką na przeczekanie, by obeschła błogosławiona rosa.

I tu jest problem, bo mam tę uporczywą skłonność, że jak zacznę czytać, to nie potrafię przestać. Czasem się wynurzam na moment, by jak ostatnio, skubnąć coś na śniadanie, wkręcić dwa haczyki, pomierzyć miejsce na kuchnię, zabejcować dwa kotlety na wieczór, cyknąć kilka fotek ze schodków czy zza okna.

Książka wcale nie musi być ciekawa i fascynująca, często to jest książka na raz ale ja za każdym razem włażę z głową i butami do wnętrza, w historię i geografię, w klimat i okoliczności. Dopiero jak skończę i odkładam książkę, a jest to już czasem lekkie popołudnie, zabieram się do porządnej, wielkiej, wczesnojesiennej roboty. A dnia coraz mniej. Tak jest tylko przy czytaniu, przy robocie potrafię przestać w każdej chwili.

Jak to dobrze i miło sprzedać ulubione w dobre ręce. Tak mi się szczęśliwie zdarzyło z moją poprzednią działeczką i maleńkim domkiem z aniołami. Nowi właściciele zmieniają je oczywiście po swojemu i dbają o nie dużo bardziej niż ja ale mam nadzieję, że cieszą się nie mniej niż ja. I mają wspaniałe pomysły, które są dla mnie inspiracją. Zachwyciłam się ich skrzyniami ziołowymi i warzywnymi. Ja też tak chcę !! To się wpisuje w moją koncepcję minimalizacji i luzu. Huśtałam się też na ich nowej, bujającej pocieszajce. I ona się wpisuje w moją koncepcję luzu i minimalizacji. Bo u mnie narazie tak.

I choć bywają całe dnie, gdy żadnych powodów do radości, to przecież zawsze wieczorem wiele powodów do wdzięczności. Że widzę, że słyszę, że chodzę ..... Że dach nad głową (nawet dwa), że nie głodna, nie goła i nie bosa, że ukochana rodzina, przyjaciółka, życzliwi znajomi, że zdrowia i forsy wystarcza nawet na zachcianki. I że stać mnie na luz.

To nie były najbardziej pracowite dni tego roku, może nawet wręcz przeciwnie. Ale przycięłam winogrono obcinając zbędne, nieowocujące pędy, wykopałam czosnek, porobiłam wiązki z oregano, szałwii, mięty i powiesiłam przy drzwiach wejściowych by mi uroczo pachniały, oberwałam orzeszki laskowe, ogórki, cukinię, pomidory, fasolę, borówki, maliny.....

A resztę czasu przesiedziałam w fotelisku z widokiem na łąkę i las za Tarlaką, marząc o jesiennych, chłodnych, siermiężnych dniach na skraju. Gdy nie włączam prądu ani wody, gotuję na ognisku lub w piecyku z najprostszych produktów, noszę wodę z Tarlaki, zapalam świece, czytam książki o trudnym życiu na Syberii, Alasce, Tybecie. W tygodniu to nawet bez jednego ludzia, zwłaszcza zimą. Takie siermiężne ale dostatnie życie, jeśli z wyboru i na niezadługo - bezcenne.

Taka fanaberia romantycznego, małomiasteczkowego mieszczucha. Bo teraz, w ostatnie dni sierpnia, przeczekuję 36 stopniowe upały, w wyremontowanym z wewnątrz i zewnątrz, moim mieszkanku.