sobota, 17 stycznia 2015

Karnawał Ognia, Słońca i Wiatru

Rok temu też byłam w chatcie i pod wpływem zachwytu piecykiem napisałam post "Wokół ognia".
Tym razem podobnie, też stan zerowy to 3 stopnie w chatcie, zamarznięta woda w pojemnikach, zestalony olej, damski wiatr. Ale teraz drewno przezornie zabezpieczone, stos na tarasie pod dachem i trzy kosze w izbie przy piecyku uszykowane. Dużo lepiej niż rok temu.

Gorzej z piecykiem. Szyby okopcone, popiół niewygarnięty, pełny popielnik. Nie zagrała logistyka. Więc szybko wygarniam popiół i wynoszę narazie na taras, przecieram szybkę z grubsza gazetą, układam szczapki i korę, potem draski i olchowe polana. Podpalam i udaje się od pierwszego razu, chociaż ze względu na zimny komin zadymia się mocno, trzeba otwierać drzwi do sieni.

Rozpalanie sprawia, że robi mi się ciepło i dopiero teraz widzę, że całe to przygotowanie i rozpalanie robiłam w miastowych ciuchach. Najgorsze rękawy, zapaprane popiołem i sadzą. Dopiero teraz się przebieram, rychło w czas, dokładam twarde polana jesionu i wychodzę na zmierzchowy spacer do sklepu. Ale spacer, po przyjaznym miejscu, swoje prawa ma i gdy wychodzisz na "dobry wieczór" nigdy nie wiesz, czy nie ugrzęźniesz na długie pogaduchy u przemiłych dalszych sąsiadów, aż zamkną Ci jedyny w bliskiej okolicy sklep. Dobrze że mi żar nie wygasł. Po powrocie podgrzewam pierożki z ruskim, pikantnym farszem, których prawie setkę zrobiłam wczoraj ale większą większość zostawiłam w lodówce w miasteczku. Tutaj inne kulinarne rozkosze.
Nawet gdy już ciepło to dużo bardziej na górze niż przy podłodze i goręcej bliżej piecyka niż okna. Różnica między dołem w kuchni i przy stole a górą przy fotelu nawet 10 stopni. Dlatego bardzo ciepłe paputki niezbędne i przy łóżku i przy stole i w ogóle.

Corocznie, w zimowe, słoneczne do-południa, nieodmiennie mnie zachwyca wędrówka słońca po mojej izbie. Przez wąskie okno z Aniołkiem smuga słońca wędruje po łóżku, przemyka po szafce, wspina się na błękitną kuchenną ścianę by w samo południe schować się za butelkami z sokiem i olejem.

Ale po dwóch dniach palenia w piecyku i ogrzewania izby, w pojemniku który stoi na podłodze nadal na dnie bryła lodu. A grzeję całe dnie, nawet 12 godzin dziennie, codziennie!
Wiatr damski nadal wieje, duje i pi.dzi. A właściwie tym razem jego podmuchy. Takie silne i nagłe, bardziej niż rok temu. Jak chłostają zachodnią ścianę to pasiasta zasłona wydyma się jak żagiel a przez izbę przelatuje rześki podmuch, bo okno nieszczelne i okiennica w szczelinach cała. Za moment zasłona klęśnie i fala ciepła wraca od piecyka. Nie będę uszczelniać, bo przy palącym piecyku to bezpieczna klima. A i latem, w upalne dni, takie podmuchy to błogosławieństwo przy upale. Tyle, że na zimę odwracam zagłówek na zatyłek, by te podmuchy nie wiały bezpośrednio na moją głowę. Bo co latem jest złowieszczą rozkoszą, zimą bywa ryzykowną przyjemnością. 
Bywa też wczesnym popołudniem ognisko, konieczne dla spalania podsuszonych łętów, upadłych gałązek ale też dla urody i szczęśliwości.

Jeszcze tyle drewna zostało na tarasie, czy wystarczy do późnej wiosny? 

czwartek, 8 stycznia 2015

Moje światłości

Mam w domu dwie strefy, codzienną zwaną zimową i gościnną zwaną letnią. Podział ze względu na ogrzewanie i na potrzeby. W części zimowej jest przedpokój, wc, łazienka, błękitna kuchnia i zielony gabinet.

W części letniej dwa pokoje - morelowa duża świetlica i mały bluszczowy zwany stryszkiem.

Wystarczy otworzyć jedne morelowe drzwi, z warującym tygryskiem, by z garsoniery zrobiło się rodzinne mieszkanie.

Kiedyś mój młodszy wnusio, przy śniadaniowych grzankach, gdy odstąpiłam mu najlepsze krzesło przy kuchennym stole, powiedział: Babciu, ty masz jednoosobowe mieszkanie! W pierwszej chwili się żachnęłam, no bo tyle miejsc do spania, tyle krzeseł, stołów, stolików, szaf, szafek, komód, półek  ..... ale po prawdzie, tak wygodnie, doskonale i przytulnie, to jednak dla jednej osoby czyli dla mnie. Czy to egoizm? I czy zdrowy? A może to rozsądek?

Od kiedy jestem na zasłużonej, lubię długie, ciemne, zimowe dni. A już teraz, gdy kuruję drobne kontuzje, lubię je szczególnie (oczywiście dni a nie kontuzje). Nie mogę narazie jechać do chatty i spędzam długie dobre godziny w blasku światła i świec. I chociaż w  każdym pomieszczeniu mam, a jakże, główne sufitowe oświetlenie, używam je rzadko.
Dużo częściej włączam pstryczkiem małe i większe lampki porozmieszczane w przemyślanych miejscach. Jedno do gorącej, porannej kawki z mlekiem, inne do niespiesznego, późnego śniadania. Jeszcze inne do gotowania, smażenia i pieczenia, inne do czytania przy stygnącej zwolna herbacie. Lamka solarna do oświetlenia klawiatury, lampa płócienna do czytania w łóżku......

A ponadto, zwłaszcza w czasie zimowych, długich ciemności poprawiam sobie samopoczucie ognikami. Ich czasem drgający w powiewie, częściej spokojny płomień towarzyszy mi w czasie słuchania radia, oglądania TV, dumań, planów i marzeń. Takie klimatyczne, nastrojowe, urokliwe, świetliste punkciki.

sobota, 3 stycznia 2015

Prezenty, prezenty na Nowy Rok

Dostałam kilka a może i kilkanaście, jak potraw na wigilii. Częścią się już pochwaliłam na blogu.

A teraz dwa już z nowego roku. Jeden materialny ale wyczekany, niezbędny i potrzebny. To kalendarz - dziennik od mojego ulubionego zięcia Szymka. Zielony, pasujący do mojego gabinetu, po jednej stronie na dzień, dużo miejsca do zapisków, planów, marzeń, realizacji ....

Drugi, sama nie wiem, wirtualny ale realny, niespodziewany ale wyczekany, od Oleńki Jaworowej.
TUTAJ PREZENT
Wzruszyła mnie bardzo, ta ciepła i mądra, niedawno poznana, pokrewna dusza. Poznałam ją tańczącą w błękitnej sukience po ścieżkach i łąkach a okazała się poetką i pisarką, narazie do szuflady blogowej ale już niezadługo, ho, ho, będzie się działo w świecie wydawniczym. Ten wiersz jest też o moich dylematach i pogodzeniach. Pisałam prawie dokładnie rok temu w "Kolorach i smaczkach grudniowej zimy": "Jedno z marzeń to nieodmiennie podróż gdzieś do innych, dalekich, odległych, egzotycznych krain - chociaż co roku bardziej wystarcza mi czytanie z atlasem i zrozumieniem, książek dobrze napisanych, o przygodach, podróżach i wyprawach innych ludzi. Nadal łatwo mi w czasie czytania wyobrazić sobie siebie w opisywanej rzeczywistości. Coraz bardziej mi to wystarcza." I mam przecież swoje albumy z podróży, pełne wspomnień. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie, zamknąć oczy i już jestem tam gdzie chcę.

Jak zwykle ostatnio, stycznie są dla mnie pechowe.
Bo jak nie paskudny krwiak na kolanie, zakończony wielokrotną interwencją chirurgiczną w 2011, to wizyta na SOR po nocnym ataku wieńcówki w 2013 i skręcenie kostki na spacerze, z wizytą we wrocławskim Pogotowiu Ratunkowym w 2014. Nie inaczej było i teraz. Wróciłam dziś, kontuzjowana w rękę i nogę. Ręka oparzona mocno wrzątkiem a paluch stłuczony na fioletowo spadającym polanem.
Ale jest szczęście w nieszczęściach, bo te kontuzje jakby coraz słabsze a w dodatku kończą się dobrze i potem już przez cały rok, bez "przygód" i zdrowo i spokojnie.