Właściwie to byłoby tyle na dziś ale zostało jeszcze sporo zaprawy i umyśliliśmy, że zaszpachluje się też wżery i dziury na schodach, choć w moich planach tego nie było. Pozamiatałam, odkurzyłam i wnusio pracowicie i starannie pozaprawiał i zaszpachlował dwa pierwsze od góry schodki, bo reszta ma być szorstka, bym się nie ślizgała w mokrych stopach i butach.
Zaprawa szybko wysychała i bielała ale w większych ubytkach wsiąkała i kurczyła się tworząc dołeczki. Mnie by to nie przeszkadzało, wnukowi jednak tak. Więc znowu od początku tarasu szpachlował i wyrównywał te większe zagłębienia.
Uff, tym razem już naprawdę mógłby być fajerant ale znowu zostało jeszcze zaprawy i umyśliliśmy ( tym razem właściwie ja), że zrobi się jeszcze ten kawałek w letniej kuchni, gdzie zawsze, gdy fachowcy, którym też zawsze zostawało, pytali: gdzie to Pani wrzucić? a ja mówiłam: to może pod stołem, pod zmywakiem, pod pojemnikiem na deszczówkę .... i tam jest nierówno, po każdym fachowcu pacyna betonu albo zaprawy. Na codzień mi to nie przeszkadzało, ja w ogóle jestem miłośniczką prowizorki ale jak już jest okazja bo i wnuk nie jest niechętny i zaprawa .... Tym razem trzeba było powystawiać na trawę rozklekotany stół, stary i wielki metalowy zmywak i wszystkie klamoty i przydasie ( ile też tego się nazbierało, się, bo chyba nie ja), znowu pozamiatać, odkurzyć. Tu też pozycje dla mnie już nieosiągalne a zresztą prawie już przysypiałam na fotelu. Ciemną nocą, przy rozgwieżdżonym niebie i wąskim księżycu wreszcie skończyliśmy.
Obeszłam jeszcze chattę po gospodarsku, cała rozświetlona (bardziej chatta niż ja). Pogasiłam światła na zewnątrz, umyłam szpachelki i wiadro i wreszcie ogłosiliśmy koniec pracy na dziś.
Nazajutrz wstałam wcześnie, słońce raz prześwieca a raz chowa się za las. Wypiłam poranną kawkę w kubasku Przyjaciółki z motylami ( i pożałowałam, że jej tak dawno tutaj nie było ale taka karma). Potem pojadłam malin i pomidorków prosto z krzaka ( ile ich jeszcze czeka do dojrzenia) i z aparatem obeszłam włości. Po powrocie tosty z szynką i serem, pożywne śniadanie przed całodzienną pracą.
Po śniadaniu mycie ścian tarasu i listewkowanie góry. Zeszło prawie do obiadu na który, ze względu na brak warunków do przyrządzenia planowanych naleśników meksykańskich, była pizza Mafia. Nie daliśmy rady całej.
Po króciutkiej poobiedniej przerwie wreszcie malowanie posadzki szarą farbą do betonu. Wychodzi nadspodziewanie dobrze, szary ma odcień czasem błękitu, czasem lilaka, jest jasno i czysto. Pierwszą warstwę Dżej maluje pędzlem, starannie wciera, maluje dodatkowo wszerz i wzdłuż ... choć taras nieduży schodzi dwie godziny i prawie litr farby. Potem krótka przerwa bo farba szybko wysycha i drugą warstwę maluje wałkiem. Tym razem idzie piorunem, ledwo zdążamy się ewakuować do chatty, bo taras zamalowany do drzwi.
Mamy trzy godziny do odjazdu, musi wyschnąć choć teraz może to trwać dłużej bo już nocny chłód. Ja idę na drzemkę, Dżej do kąpieli i nie wiadomo kiedy już północ i czas się zbierać do wyjazdu bo autobus z miasta wojewódzkiego wyjeżdża o 1.30. Dlatego nie ma zdjęć efektu końcowego ale jest cudnie, warto było!!! Dziękuję Ci wnuczku!!!
A jak wnusio pokazał, że potrafi i to bardzo dobrze, następnym razem czas na malowanie posadzki w garażu.