środa, 21 grudnia 2016

Małośnieżna zima

Nie raz i nie dwa,  wracałam kilkadziesiąt kilometrów, po klucze, lekarstwa, dokumenty, pieniądze, telefon, okulary (więcej rzeczy nie pamiętam ...). Ale ostatnio jakoś opanowałam melanż uważności, dyscypliny, przypominania i od dłuższego czasu już mi się to zdarza tylko sporadycznie. I to sukces, bo z wiekiem wracanie i zapominanie podobno coraz częstsze a u mnie narazie wręcz przeciwnie. Ale nigdy mi się jeszcze nie zdarzyło wracać po aparat foto. Co nie znaczy, że nigdy nie zapominałam aparatu ale że do tej pory nie był tak ważny, jak klucze, lekarstwa, telefon ... bo do tej pory wiedziałam, że znowu przyjadę do chatty za kilka dni, najwyżej za tydzień. A teraz, z powodu postępującej mojej starości, starości ulubionego szwagra, starości autka, już nic nie wiem na pewno, staram się nie planować tak dokładnie. Ponieważ na teraz zapowiadają mgły i słońce a więc i być może uroczy szron i szadź, diamentowe, brylantowe, brokatowe cudeńka, to wracam po aparat, nie będąc pewną, kiedy tu ponownie przyjadę. Cudeniek nie było ale i tak było pięknie i nastrojowo.

Z mieszkania mam dwie drogi do chatty i jak tylko mogę, wybieram tę przez Sokołów, bo na kilometr przed dojechaniem do celu, otwiera się widok na zalew, z każdej strony urokliwy. Zatrzymuję się zawsze dwa razy, raz na zakręcie a drugi przy ławkach. Odwrotnie jest gdy wracam, najpierw żegnam się z miejscem przy ławkach a potem na zakręcie.

Może to dlatego, że nie wiem, czy to nie ostatni raz w tym roku, jakoś uważniej palę w piecyku, dłużej patrzę w ogień, gapię się na widok z kuchennego okna, długo nie mogę zasnąć i o czwartej w nocy ozdabiam izbę świątecznie.

To dziwne  - las zimowy, bezśnieżny nie jest ładny ale ma cudny, dziki urok. I ta cisza, gdy jedynym dźwiękiem jest skrzypienie swoich kroków na resztkach zmrożonego śniegu. Oglądam i fotografuję z każdej strony swoją chattę, gdy wracam ze spacerów. I wciąż mnie zachwyca.

Dostałam stosowny, praktyczny prezent od miłych, byłych, najbliższych sąsiadów. Już mi się przydał w nieodległy dzień z marznącą mżawką.

Za każdym prawie razem, jak sobie zaplanuję wszystko porządnie i dokładnie, rozpisane na dni i godziny, wszechświat daje mi znak, że to złudne i zawodne, że to tak nie działa, że nie tylko my zarządzamy swoim życiem. Pierwszy raz w życiu zamówiłam pomoc do sprzątania i zaplanowałam na to dwa dni, to dość by wysprzątać moje nie tak znowu zapuszczone mieszkanie. Ale Pani R. dopiero się u mnie uczyła i choć pracowałam z nią nawet więcej niż planowałam, nie skończyłyśmy. A trzeciego dnia, gdy zaplanowałam skończenie sprzątania i rozpoczęcie gotowania, awaria wody w całym miasteczku. I jak to mówią: "dupa zbita". Trzeba było wszystko przeorganizować a właściwie puścić na żywioł! I wtedy zaskoczyło, ułożyło się i poooszło....
Święta i u mnie już niedaleko, przynajmniej od strony symboli, darów i prezentów.

środa, 14 grudnia 2016

Idą Święta :-(

Zaczynam ględzić jak Stara Baba, że dawniej to były Święta! Pachniały i smakowały pomarańczami, cytryną, rodzynkami, orzechami, suszem, grzybami, kapustą i karpiem. Całe Święta, nie tylko Wigilia. Same łakocie, których nie jadło się na codzień ani nawet w niedziele. I zawsze, obowiązkowo, Święta były białe, śnieżne, mroźne i skrzypiało pod butami jak się szło na pasterkę. A jak teraz zatęsknić za pomarańczą i rodzynkami jak przez cały rok cytrusy najrozmaitsze i bakalie najróżniste wysypują się z półek marketów? Jak docenić urok ozdób robionych własnoręcznie, wieszanych na pachnących gałązkach, orzechów w złotkach zbieranych cały rok, czerwonych jabłuszek wieszanych tuż przy pniu, kaskady anielskich włosów - gdy w każdej witrynie choinki w złocie i srebrze, w kokardach i biżuterii, w światełkach i brokacie. Wiem, to se ne wrati ale .... żal. Ciekawe za czym będą na starość tęsknić moje wnuki i jaka będzie wtedy rzeczywistość?

Naszło mnie jakieś chwilowe obrzydzenie do hipokryzji tej całej otoczki około-świątecznej, do tej tandety, blichtru, sztucznego i nachalnego entuzjazmu, komercji i konsumpcji, do tego nakazu bycia szczęśliwym i zadowolonym nawet ze sprzątania, pucowania, gotowania, pieczenia.... I do miłowania, świętowania, obdarowywania .... gdy wokół smutna starość, choroby, niedostatek, porażki ...
I ta presja: nikt nie powinien być samotny w Wigilię, żadnych smutków i lęków, łzy tylko ze wzruszenia i radości, wokół tylko miłość... Dzień dobroci dla biednych i opuszczonych załatwiony dodatkowym talerzem lub płatnym sms-em.

Za długie przebywanie w mieszkaniu szkodzi mi na rozum, zmieniłam abonament na większy i zamiast siedmiu programów mam teraz prawie pięćdziesiąt a na każdym w reklamach już Święta na całego. Weź kredyt i kup prezenty, weź pożyczkę i zaszalej, kup kaczkę nadziewaną, wędzoną szynkę, cyfrowy Polsat, smartfon w premii, internet za darmo na pół roku ...
Idzie człowiek po zieloną narzutę za 2 złote a wraca z pościelą, gwiazdą betlejemską, torebkami na prezenty (choć nie ma jeszcze prezentów)... Albo idzie po mleko a wraca z brokatowym sprajem, ozdobnym kalendarzem, kolorowymi kopertami, aromatycznymi świeczkami ...

Daję się wpędzić w poczucie winy, że okna jeszcze nie umyte, zasłonki i firanki nie wyprane, pierniczki nie upieczone, wędliny i mięsa nie zamówione, ryby nie zakupione, prezenty nie wybrane ... 
Muszę, muszę jak najszybciej, może już jutro, jechać do chatty na dzień lub dwa. To znak że wydobrzałam i już mnie nie chronią skutki upadku.