wtorek, 12 stycznia 2016

Zakątki nie tylko kuchenne

Od kilku dni ani słońca, ani śniegu. Zima niebiała. Na zewnątrz szaro i ponuro. Mokro albo ślisko. Trzeba sobie radzić we wnętrzu, w domu i w ciele. Dziś przedstawiam Wam mój zimowy kącik kuchenny, taki zakątek, gdzie "bezpiecznie bo tu wszystko co ważne i cenne i swoje własne"
Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciep­ła i samotności. - to oczywiście cytat z moich ulubionych Muminków.
Tu rano, przy gorącej kawce, czasem przy rozgrzewającej herbacie, otwieram kalendarz i planuję dzień. 'Planuję' to ironia, bo nie mam planów na pochmurne, mokre, śliskie, niebezpieczne dla starych ludzi dni.
Na śniadania zdecydowanie za rzadko płatki na mleku, a po kupnie tostera, od miesiąca, zdecydowanie za często zapiekanki z żółtym serem.

Tu jem obiadki, jako drugi posiłek, późnym popołudniem a więc niezgodnie z wszelkimi zasadami regularnego jedzenia i zasady: jedz małe porcje ale często i regularnie. Moja zasada to jedz wtedy, kiedy czujesz głód i to co Ci smakuje bo organizm wie najlepiej czego potrzebuje. Jest jeszcze pierwotna zasada: jedz, kiedy jest jedzenie ale to na naszym 'cywilizowanym' zachodzie się nie sprawdza. Moje obiady są ubogie w żywe zielone, wprawdzie nie zawsze jest to tylko mięso i pyry (bo często jest to ryż lub kasza) ale jako dodatek raczej kiszone albo pomidor. Dietetyk by był zły lub smutny!

Tu przysiadam wieczorem z książką (bo dobre światło) i herbatką (ostatnio z imbirem, miodem i pomarańczą). I pasjansa czasem tu rozkładam bo stół duży (jeśli pusty). Nie dla wróżby ale dla  ćwiczenia umysłu.

Mam jeszcze całoroczny kącik gabinetowy z biurkiem, obrotowym fotelem i półkami. I z cudnymi widokami zachodów, jak wstanę z tego fotela i mocno się przytulę do okna.

I dopiero w planie kącik do czytania i może ręcznych robótek. Będzie tam obszerny, wygodny fotel z wysokim oparciem, jeszcze w trakcie szukania i solidna, regulowana lampa jeszcze niewypatrzona. Narazie mam mięciutką, cieplutką polarową narzutę na ów fotel jeszcze niewyszukany. Zadanie na styczeń. Wyszukać, wypatrzeć, zakupić, przywieźć, ustawić, sfotografować i się pochwalić kącikiem do czytania.
Olaboga! Chyba ucieknę do chatty!!
A narazie słucham tam i z powrotem niekolędy Tamary Kalinowskiej pt "Rzecz o wędrownych Aniołach". Dostałam tę płytę od Córeńki rok temu ale dopiero teraz jakoś tak mocno zaskoczyła we mnie.
Ale nie tylko siedzę w kącikach najmilszych i zakątkach przecudnych, staram się codziennie wychodzić na spacery o szarej godzinie. Czasem z aparatem. Niewiele się zmienia w moim maleńkim, niemiejskim  miasteczku. Ale to może dlatego, że chodzę wciąż po tych samych szlakach, ścieżkach, dróżkach, uliczkach i ... zakątkach.

A raz, dwa w tygodniu, jadę do wojewódzkiego miasta, czasem też z aparatem. Dla interesów, z ciekawości, dla szczypty kultury i polityki, dla spacerów i widoczków, dla czekań i spotkań ..... dla zakątków właśnie.

Masz wszystko? Czy masz wszystko? Wszystko czego pragniesz? Wszystko czego potrzebujesz? A co jeśli się pragnie i tego i tego, co nie do pogodzenia a nawet wręcz przeciwne? Np miłość i święty spokój, samotność i bezpieczeństwo, wolność i zaopiekowanie, wiedza i wiara .........

wtorek, 5 stycznia 2016

Przełom roku - realizacja

30 grudnia - Przyjechałam wczesnym popołudniem a słońce już nisko nad horyzontem, jeszcze świeci ale już nie grzeje. I od razu problem, zamarzła kłódka i nie dało się otworzyć ani bramy ani furtki. Nerwy i emocje bo autko załadowane dobytkiem wszelkim, stosownym na uroczysty przełom roku a tu już na początku doopa blada. Jest i kropla słodyczy, pochuchałam w zamek, popsikałam odmrażaczem (co go przezornie wożę w autku), postukałam i udało się otworzyć furtkę. Próbowałam w ten sam sposób odczarować kłódkę ale się nie dała. Dopiero dwa czajniki gorącej wody dały radę i kłódce i bolcowi który wmarzł w ziemię.
Wjechałam, rozpakowałam, włączyłam farelkę, przebrałam się i rozpaliłam w piecyku. Gdy temperatura w izbie przekroczyła 0 stopni wyłączyłam farelkę, bo ona podgrzewa ale i wysusza bardzo powietrze i wtedy budzi mnie kilkakrotnie nocą ostry atak piekącego gardła, gdy trudno przełknąć ślinę i wysuszonej skóry, która swędzi nieprzyjemnie.
Przy kolacji miałam taki projekt, by jutro, południową porą, rozpalić wielkie ognisko i spalić w nim całoroczne smutki, doły, zamartwiania, niepokoje, lęki .....

31 grudnia - Pogoda od rana pięknie słoneczna ale w izbie ziąb, bo nad ranem spałam mocno, nie dokładałam polan i żar wygasł.
Słońce rankiem już świeci ale jeszcze nie grzeje, więc rozpaliłam piecyk od początku i zanim się izba nagrzała czekałam w łóżku z kawką i "Pojedynkiem z Syberią". Po godzinie już wałęsałam się z aparatem po izbie, bo cóż, jestem w niej zakochana i chce mi się utrwalać te urocze dla mnie przydasie. duperele, durnostojki ...

Bez problemu nabrałam wody z Tarlaki bo mimo mrozu główny nurt niezamarznięty.

Śniadanie zjadłam  prawie w południe a potem w fotelu, przy kuchennym oknie, wyczekiwałam na 'moje sarenki' z"Miastowymi" na kolanach. Nie przyszły :-( Słońce przemieszczało się po blado-błękitnym niebie niskim łukiem, ani na moment nie wznosząc się ponad las. Ubrałam się i poszłam na spacer w poszukiwaniu miejsc, gdzie słońce nie tylko świeci ale i grzeje.

Wróciłam głodna, żar w piecyku ledwo się tlił ale podłożyłam brzozowe szczapki, dmuchałam ile wlezie i udało mi się ożywić ogień. I zanim byłam gotowa pójść do lasu po suche gałęzie na wielkie ognisko, już zrobiła się moja ulubiona szara godzina ale taki ziąb i mróz, ze zamysł siedzenia przy ognisku zamarzł we mnie. Więc spaliłam co złe i smutne w piecyku.

1 stycznia - Niechby cały rok był taki jak pierwszy stycznia. W izbie ciepło ale nie gorąco, na zewnątrz mroźno ale jasno i słonecznie, jestem sama ale w pobliżu życzliwi i przemili sąsiedzi, kawka w łóżku, śniadanie przy południowym oknie, jedzonko rozmaite, obfite i smakowite, ogień w piecyku i dużo drewna na tarasie, czas na spacery, naładowane aparaty i dużo książek do czytania.
Czy to Ja zawiana czy pniaczek krzywy? Butelka nadal nieotwarta. Miało być wypite wczoraj, przy południowym ognisku ale w taki mróz bąbelki pewnie zamarzły. Wypijemy w równonoc wiosenną, poleżakuje kwartał.

Tak mi jakoś radośnie, popijam na gorącej płytce ogrzany grzaniec zbójnicki (szkoda, że nie galicyjski). O najmilszej godzinie zmierzchu idę na spacer dookoła jeziora i czekam aż słońce utopi się w wodzie. Wokół nikogo, więc puszczam się w tany, rozkładam szeroko ręce i obracam się i wiruję. A co! Wracam zmarznięta ale zahartowana i zadowolona !! Postanowień noworocznych nie było!!!

2 stycznia - Tej nocy to nie przelewki. Mimo całonocnego podkładania i palenia w piecyku,  rankiem wcale niewczesnym, w izbie ledwie plus 5 stopni a na zewnątrz minus 15. Niepotrzebnie postanowiłam ogrzewać izbę tylko żywym ogniem, to co sprawdzało się 8 lat temu, gdy byłam młoda i zdrowa teraz działa jakby mniej. A przez kilka najbliższych dni mróz zapowiadają coraz większy. Ahoj przygodo czy witaj rozsądku?

Po śniadaniu ubieram się ciepło, wreszcie przydaje się i czapka uszanka i puchate rękawiczki. Bez słońca ale z wiatrem który sprawia, że odczuwalna jest dużo niższa. Dziś i Tarlaka i zalew skute lodem, skończyło mi źródło wody, pora wracać. Jeszcze powtórka z rozmrażania zamków w autku, kłódki i bolca, tym razem już bez nerwów i emocji, tylko z kilkakrotnym nawracaniem do chatty i z powrotem, aż znowu, w porze wyjazdu, nastała najpierw szara a potem błękitna godzina. 
A na Nowy rok przesłanie - Bądźcie dla siebie dobrzy !!!
I - Magda Umer "DUETY"