piątek, 8 maja 2020

Stokrotkowo

Choć przepisy, nakazy i zakazy poluzowane w sferze gospodarczej (bo trzeba ograniczać koszty tarczy antykryzysowej chociaż nie ma stanu klęski) ale został ten co mnie najbardziej ogranicza bo dotyczy oddychania. I chociaż zakazy a właściwie nakazy nie dotyczą "zaspakajania niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego" to nie określono jakie to mogą być potrzeby, pozostawiając szerokie pole do interpretacji. Stąd zostaje ten najnowszy
 od 16 kwietnia 2020 r. do odwołania nakłada się obowiązek zakrywania ust i nosa przy pomocy części odzieży, przyłbicy, maski albo maseczki. Nakaz dotyczy sytuacji przebywania w środkach publicznego transportu zbiorowego i w pojazdach samochodowych, w których poruszają się osoby niezamieszkujące lub niegospodarujące wspólnie, a także w czasie przebywania w miejscach ogólnodostępnych, w tym na drogach i placach, w obiektach kultu religijnego, obiektach handlowych, w placówkach handlowych i na targowiskach .....
Cóż, nie dam się zwariować, zaraz po świętach zebrałam com tam miała z zapasów i wiśta wio, pojechałam moim ka - czorkiem na skraj. Luzik, wokół nikogo. Tylko stokrotki. Jest ich tyle, że trudno chodzić, by ich nie deptać, trawę zawłaszczają, trzeba zdecydować czy stąpać po zielonym czy po białym. 
Na wszelki wypadek wzięłam papiery (rozpoznanie I10, I25, M15, M47 czyli samoistne nadciśnienie, wieńcówka i różniste zwyrodnienia) by udowadniać, że nie mogę i nie muszę nosić maseczki. Tam na miejscu okazało się, że nie muszę też nosić ze sobą tych papierów. Ale by się każdemu nie tłumaczyć co i dlaczego, noszę szalik na wyjścia do sklepu a na spacery chodzę tam, gdzie nie ma ludzi lub są w dalekiej odległości. Wiec się samoograniczam ponad zalecenia, polecenia, zarządzenia. Tym bardziej że w TV, większość ważniaków paraduje bez maseczek twierdząc, że nie są chorzy albo są w trakcie pracy lub służby

Pobyt zaczęłam od odkręcenia wody, to u mnie skomplikowany proces. Okazało się, że od lat się wpisuję w dobrą, nową, świecka tradycję oszczędzania, bo od listopada do kwietnia używam wody tylko z potoka, z deszczu i ze śniegu.

Prawie co wieczór dzień kończę spaleniem przyciętych gałązek i wygrabionych łętów, ogniska niewielkie i bezpieczne.

Moja leszczyna purpurowa ma tyle odrostów, że mogę je rozdawać. Tym razem wykopałyśmy je z Władzą, sztychówką i siekierą ( Władziu, szacun i podziw dla twojej energii i wigoru) i zawiozłyśmy do Rodziców Ojca A. Mają ciekawą posiadłość, interesujące wnętrza i detale, nie mogłam się oprzeć by nie focić.
I dowiedziałam się, że lekarze tak kwalifikują chorych:
        do 40 lat wiek młody
- 40 do 60 lat wiek dojrzały
- 60 do 80 lat wiek podeszły
- 80 do           wiek sędziwy
Podeszły nieciekawie brzmi ale sędziwy brzmi dostojnie. Sporo mi jeszcze do tej sędziwości brakuje!  

A potem codzień było wsadzanie i przesadzanie. Różę przy jabłonce kolumnowej, malinę purpurową przy jabłonce wczesnej, forsycję spod sosny, brzózki spod lipki na miejsce obok ogniska ..... 
Gdy młody Kuba przekopał mi grządki, popracowałam w deszczu nad postawieniem stelażu z tyk na fasolkę, z przygodami, bo co wetknęłam i zaczęłam wiązać, ulewa i wichura przeganiała mnie a gdy wracałam tyki zawalone i trzeba było prace zaczynać od początku. A potem jeszcze wsadzenie fasolki tycznej i karłowej, wsianie groszku i bobu, przygotowanie nowego kompostownika......
Kwiateczki u mnie teraz małe ale ślicznie błękitne i coraz więcej barwinków i niezabudek. Są też białe i żółte ale narazie tych niewiele. Tak czy siak coraz więcej u mnie bylin i wieloletnich, łąkowych i dzikich i to jest planowana tendencja, bo z każdym rokiem coraz mniej chodzę po łąkach i nieużytkach, lasach i polanach a coraz więcej deptam wokół ogrodzenia. Powodem pesel i kleszcze.

Dopiero po mieszkaniowym, przymusowym odosobnieniu wskrzesiłam troszkę podupadły zachwyt nad posiadaniem skrawka trawy i nieba bo jakoś ostatnio spowszedniała mi wdzięczność za ten dar losu. Gdyby było cieplej biegałabym boso po stokrotkach, bo tych tu więcej niż trawy. W tych dniach było wszystko wszystko to za co kocham skraj bo i ogień w kominku i ciężka praca i odpoczynki na tarasie lub siedzisku pod lipką i ogniska i lekka praca i przycinanie, sianie, koszenie, podlewanie .....
Wieczorami oglądam i słucham nie tylko trzasku polan w piecyku, chociaż to zawsze jest najmilsza muzyka w ciszy.
Słuchałam dwóch audiobooków. Pierwszy to "Francuska oberża" w interpretacji Renaty Dancewicz. Mam papierową wersje tej książki i czytałam ją ze trzy razy ale ta wersja audio otworzyła przede mną nowe emocje i detale. To było dobre doświadczenie a był to mój pierwszy audiobook.

Dwa dni później słuchałam " Płatki z nieba" czytanej przez Katarzynę Jamróz i byłam rozczarowana. Może to stąd, że tej książki nie czytałam a może modulacja Pani Kasi mi nie odpowiadała. Ale to nie zniechęciło mnie do audiobooków.

Oglądałam też 'Himalayę", to jeden z moich ulubionych filmów, mogę go oglądać wciąż i wciąż. Po raz pierwszy oglądałam go w izbie, w takich okolicznościach ciszy i skupienia odkrywam go na nowo bo dopiero od grudnia mam tu odtwarzacz.
 
Po 10 dniowym odosobnieniu na skraju, pojechałam do siostry. To miasteczko więc maseczka konieczna by nie drażnić ludków i nie prowokować niemiłych komentarzy. Maseczka na nosie i na ustach przy wyjściu z kamienicy a po pójściu na łąki wisłoczańskie pod brodą. I spacery z Bajką w południe i wieczorem, i 1 i 3 maja i rozmowy do północy ..... W miasteczku wszystko kwitnie, bzy, jabłonie, mniszki, kasztany .....


Wróciłam do mieszkania by się przepakować, wreszcie wymienić opony na letnie, zdobyć kod do recepty na moje liczne schorzenia, zadbać o balkon. Poszłam też na niezbędne zakupy, a jakże, w maseczce. Padało mocno więc oprócz torebki i koszyka wzięłam też parasol. W sklepie okazało się, że oprócz popsikania rąk muszę też założyć rękawiczki zrywki. Zaczęłam od warzyw. Kapusta, cebula, pieczarki. Spróbujcie w rękawiczkach zrywkach otworzyć woreczki zrywki!!! Się nie da, absolutnie. To szczyt szczytów zręczności. Mnie zamiast sekund zeszły minuty. Potem poszłam po żeberka ale były tłuste i byle jakie więc znowu trochę zeszło zanim znalazłam kawałek chudziutkiego boczku. I jeszcze pieczywo i mleko. Koszyk, siatka, torebka, parasol, maseczka. Teraz już tylko jajka ale zanim do nich doszłam już czułam się słabo i niezbyt przytomnie. Sięgnęłam po jajnik, zachwiałam się, oparłam o regał i runęły. Jakimś cudem kilka pchnęłam na półkę, kilka posunęłam na cukier, kilka złapałam ale pięć spadło i się roztrzaskało. Miła młoda kobiełka powiedziała, że posprząta ale oczywiście było dla mnie jasne, że te jaja będą mnie sporo kosztować, bo wybierałam od szczęśliwych kurek. Z pięćdziesięciu jaj siedem zostało całych, a ponieważ nie mam kota reszta pójdzie na grządki pod pomidory.

Chłodny maj, dużo czasu spędzam sama siedząc, słuchając, leżąc, oglądając, podrzemując, czytając, gotując - przykryta ciepłym kocykiem, otulona puchatym szlafrokiem. Wirus mnie nie dopadnie.
W mieszkaniu mieszkam, w chatcie bywam, do siostry jeżdżę. Tri lokum.