czwartek, 16 kwietnia 2020

Wielkanoc 2020 rok

Jak to dobrze, że w Wielki Czwartek wyjechałam z mieszkania!!! Siedziałam tam zastraszona i ściśnięta psychicznie, zapatrzona w telewizję od prawa do lewa, pouczana, karcona, straszona... A świat wokół okazał się wiosenny i normalny. 

Jeżdżą auta, ludzie nieliczni, ale są, chodzą, jeżdżą na rowerach. Policji żadnej nie widziałam, dojechałam do siostry spokojnie i bezpiecznie. Zrobiłam popołudniu śledzie w cebuli i śmietanie na jutrzejszy ścisły post. Spróbowałam troszkę i były dobre, resztę zostawiłam by się smaki przegryzły.

W Wielki Piątek siostra uratowała czajnik do grzania wrzątku, któremu urwała się rączka a ja fotel prześliczny ze śmietnika. Kupiłam różę wielkokwiatową, malinę purpurową, chryzantemę (niewielkanocny to kwiat ale kolor wiosenny) by wesprzeć sklep ogrodniczy. I odkurzyłam mój wielkanocny krzyżyk z Wyspy Burano, taki delikatny przy głaskaniu, w sam raz na ten czas bez dotyku i przytulania.

W południe spacer z Bajką, tym razem nie po parkach, trawnikach, terenach rekreacyjnych. Ale znalazłyśmy nieużytki, dzikie trawniczki, małe spłachetki gdzie psina mogła zrobić siusiu i kupkę, którą skrzętnie zabieram do torebki, niestety foliowej. I patrzę ile teraz śmieci plastikowych z rękawiczek jednorazowych hula po świecie. Wokół pusto, ludzi prawie nie ma, takoż aut, miasteczko wymarłe a to przecież Wielki Piątek, zwyczajowy czas na ostatnie, tłumne zakupy świąteczne.

Popołudnie pracowite ale leciutko, zrobiłam kruche ciasto na mazurka a siostra barszcz biały na wędzonce. Obrałyśmy z łupin orzechy włoskie a Siostra je zmieliła.

W Wielką Sobotę śliczny spacer w południe, dzień słoneczny, piękny, ciepły. Takie dni, kiedy tu nie można i tam nie wolno, bardziej niż na przestrzeni i widokach skupia uwagę na detalach i to jest dobre. A jak się jeszcze ma aparat to już pełnia szczęścia. 
Przed wieczorem upieczone kruche ciasto, zrobiona masa czekoladowa, mazurek Pani Buczkowej udekorowany wiśniami. I w żeliwnym garze zamarynowane mięso z ziemniakami i pieczarkami. 
Wielka Niedziela wesoła, spokojna i radosna. Jedzenie i spacery z psem, jakieś filmy, jakieś książki, jakieś plany .... Alleluja!!! Uczymy Bajkę nie reagować wyrywaniem i szczekaniem na inne psy, motocykle, samochody ale tak mało jest teraz tych obiektów, że nauka idzie marnie.
Wypatrzyłam całe klomby białego barwinka, już kiedyś wzięłam kilka zaszczepek ale się nie przyjęły, może teraz się uda. 
W Wielki Poniedziałek niebo zrobiło nam śmigusa, deszcze i mżawki, burze i ulewy trochę utrudniły obowiązkowe spacery z psinką, nie była zadowolona gdy przeczekałyśmy ulewę pod zadaszeniem warzywnego ryneczku, oczywiście puściuśkiego.

Przypomina mi się teraz taki żart "Władca pewnego kraju zwołał ministrów i nakazał: kasa pustawa, zwiększyć podatki. Po pewnym czasie ich znowu przyzwał i pyta: No i co? Klną Eliminencjo. Podnieść daniny - zarządził Panisko. Znowu zwołuje onych i znowu pyta: I co? Złorzeczą. Podnieść haracze - polecił. I oczywiście po pewnym czasie wezwał fagasów i pyta: A co teraz? Śmieją się, Omnipotencjo. Oj źle, trzeba poluzować.
Więc obśmiałyśmy z siostrą niektóre nakazy i zakazy w czasie zarazy. I jesteśmy gotowe na maseczkowanie i maskowanie. 
I jeszcze jeden żart z Angory. 
" Zajechał Premier z gospodarską wizytą do zapadłej mieściny.
- Macie tu jeszcze jakieś potrzeby pod naszymi po ojcowsku troskliwymi rządami? - zapytał łaskawie burmistrza
- No tak Bogiem a prawdą ze dwie by się znalazły.
- A jakież to? - zainteresował się premier
- No bo mamy w mieście szpital ale żadnego lekarza tam nie ma
Pan premier wyciągnął komórkę, wystukał numerek, pogadał, pogadał i powiada do burmistrza
- Załatwione, od jutra macie tu lekarza. A jaki jest ten drugi problem?
- U nas w miasteczku nie ma zasięgu .....
I ja właśnie jutro lub pojutrze jadę tam, gdzie wprawdzie jest zasięg ale nie ma telewizji, internetu a więc i łączności a więc i koronowirusa. Tam mogę dłubać w ziemi, wycinać, odchwaszczać, siać i sadzić bez zamaskowania bo samojedna i nie bojąca się tego, co nieuniknione. 

środa, 8 kwietnia 2020

Na balkonie

"Zostań w domu" - wszędzie takie hasło. W domu zostać łatwo, masz podwórko, przedogródek, działeczkę większą lub mniejszą, balkony, werandy, tarasy .... Ale mieszkanie to nie dom i nie ma hasła: " Zostań w mieszkaniu". Więc może można wyjść z mieszkania, oczywiście solo lub w parach tylko my się zrobiliśmy jacyś tacy bojący, że uprzedzamy jeszcze nieistniejące obostrzenia? Wiem, wiem, że to taki skrót myślowy ale mieszańcom małych mieszkanek dużo trudniej w nich zostać
Daliśmy się zastraszyć w imię altruizmu i empatii. Myśl o innych, nie zarażaj - to miłe sercu, szlachetne  hasła ale ..... te miłe, szlachetne uczynki też robię dla siebie, dla mojego Ego, daję to znaczy mam dostatek, jestem hojna, szczodra. Troszczę się o innych więc jestem humanitarna, empatyczna, miłosierna, ofiarna, po prostu dobra. A jak jeszcze zdarzy się pochwalić tymi dobrymi uczynkami publicznie to pełnia szczęścia. A media zacierają raczki i dmą w trąby pokazując jako bohaterów ludzi którzy są zwyczajnie, normalnie dobrzy. Staniało nam bohaterstwo.
Tego wirusa zwalczymy sami, swoją dobrocią i mądrością a nie bohaterstwem byle nam tylko władza nie przeszkadzała sprzecznymi zarządzeniami i bardziej się zajęła majowymi maturami niż majowymi wyborami.
Podpisy są takie: "Mama powiedziała, weź ze sobą tylko najbardziej wartościowe" i "Zdrowe nawyki higieniczne, myj ręce, zęby, dezynfekuj, noś maseczkę ....". To ironiczne komentarze do naszych  przepisów, my martwimy się o setki gdy w tym samym czasie, niedaleko nas, na wspólnej Ziemi, cicho umierają tysiące i miliony naszych bliźnich. Czyżby altruizm i empatia działały tylko w granicach ojczyzny? Europy? 
Antagonizuje się i szczuje zdrowych na chorych, młodych na starych, prawicowych na lewicowych, białych na żółtych, chrześcijan na muzułmanów ...
Z moich okien, z prawa i z lewa tylko mury i bloki.
I chociaż to dobrze, że mam balkon i go odgruzowałam po kilku latach nieużywania, bo miałam chattę i działkę i nie miałam już czasu ani ochoty nim się zajmować. Ustawiłam zakupiony lekki, wygodny fotel, odnaleziony w garażu stolik, miękką poduszkę, kwiaty i zioła, fiołki i stokrotki, lampki i kolorowe fyrtaczki. Przysiadam tam co chwilę a to na przedpołudniową kawkę, popołudniowe winko, wieczorne dumanie pod rozgwieżdżonym niebem (choć tego nieba tutaj niewiele). Balkonik ciasny i wąziutki, niecałe 85 cm szerokości, fotelik a właściwie krzesło na środku więc aby podlać roślinki, poskubać listki, przyciąć przekwitłe kwiatki każdorazowo muszę wynosić krzesło do salonu. Widok cały czas ten sam, więc przestawiam, roślinki, świece, wiaderka, doniczki, dobrze że niektóre iglaki przerosły moje piętro. Jak jest słońce czyli do 13 tej jest tu jasno, kolorowo i gorąco ale od 13 tej już szaro i ciemnawo ale przecież jest tu wiatr, śpiew ptaków i fajne powietrze. 
Nie nudzę się, tyle mam zaległych planów i zadań, za dużo by od czegoś zacząć ale prokrastynacja mnie dopada nawet bardziej niż wcześniej. I tak mi dzień za dniem mija między mieszkaniem a balkonem. Może jak się wreszcie tak bardzo wkurzę, posortuję zdjęcia z ostatnich 10 lat ?
Ale po ponad tygodniu wszędzie za ciasno, za duszno a tu końca nie widać ani nawet światełka w tunelu. 
 
     Gdy duszy duszno w szufladzie ciała
     A wokół ciebie tyle ... (?)
     Dopóki dusza jeszcze cała
     Wyłaź z szuflady, wyłaź z szuflady, wyłaź z szuflady
     Przejdź:
     Kingsajz to high, gdzie wszystko naj
     To seks, to luz, to utracony raj
     Kingsajz dla każdego: i ty możesz wielkim być
     Małym nic do tego, mierz wysoko, swoje myśl
Tak jest w szufladzie. 50 m kw przemierzanych codziennie wszerz i wzdłuż, wzdłuż i w poprzek, z prawa w lewo, z kuchni do gabinetu, z łazienki do przedpokoju, z saloniku na stryszek, z balkonu do WC.

Po tygodniu momentami już bzikuję, mam ochotę krzyczeć, wyjść gdzieś daleko, zrobić coś zakazanego czyli normalnego i to mimo zielonych tabletek na uspokojenie. Nie rozumiem i nie mam zgody na niektóre bezsensowne zakazy. Zakaz wstępu do lasów? 17 latek wyprowadzany na spacer przez rodziców? Mogą chodzić tylko dwie osoby w odległości 2 m ale przed sklepami w kolejce do sklepu może stać i kilkanaście osób ..... Jeszcze trochę i nakazem sanepidu założą mi maseczkę szczelną na nos i usta bym nikogo nie zarażała i będzie koniec w majestacie prawa. A swoją drogą to ciekawe. Z powodu koronowirusa życie przenosi się skokiem do wirtualu, zakupy, banki, sprawy urzędowe załatwiane w internecie, zakaz wychodzenia z domów - to nie jest świat dla starych ludzi. Teraz e - Polak, e - Człowiek. Wszędzie aplikacje, uruchom za darmo że potrzebujesz pomocy ale gdzie to instalować jak się ma maleńki telefon na klawisze? I właśnie starzy są najbardziej narażeni na wyeliminowanie wirusem. To nie może być przypadek, to przyspieszona ewolucja, by nie rzec rewolucja. Tylko kto tym steruje? Wolałabym by to była Natura, bo ona choć okrutna sprawiedliwa jest. Ale ona nie działa rewolucyjnie, jest cierpliwa, ma czas, duuuużo czasu. Więc ktokolwiek to jest, ja w odruchu absolutnego buntu i przekory postanawiam:
Po świętach bryknę do chatty, tam samojedna będę się izolować absolutnie, ryjąc w ziemi, sadząc i siejąc by spełnić w/w postanowienie.
Jestem jak ta krowa która dużo ryczy ale mało mleka daje, bo przecież siedzę zamknięta w tym mieszkaniu, wychodzę do śmietnika i do sklepu dwa razy w tygodniu, nie pojechałam do chatty choć mnie kusi niemożebnie.
I mają rację ci co głoszą, że przytyjemy 10 kg bo albo będziemy w ciąży albo przytyjemy bo jemy. Właśnie piekę zagrodowego kurczaka obłożonego ziemniaczkami i pieczarkami.

Napisałam 23 marca do Dziecków ale to nadal aktualne:
" Kochani moi! W tym dziwnym czasie dużo więcej o Was myślę ale paradoksalnie dużo mniej się o Was martwię. Bo wcześniej martwiłam się i prosiłam Los byście byli szczęśliwi i zadowoleni, zdrowi i usatysfakcjonowani. Byście żyli spokojnie i w dostatku, otoczeni przyjaźnią i miłością. A teraz przede wszystkim proszę, byście byli zdrowi i sprawni. I to chyba lepiej, martwienie osłabia jedną i drugą stronę a nam potrzebna jest siła i moc. Kocham Was Asiu, Andrzeju i Marku.

Post nieoptymistyczny ale zdjęcia kolorowe i dające nadzieję. I już się robi pozytywnie od miłości i od kolorków. To moja wędrująca tęczulka.

Piszę tego posta dla pamięci tych dni i tych emocji, często niedobrych choć przejściowych. Sporo pomaga mi Przyjaciółka, która dużo lepiej znosi te ograniczenia wolności poruszania. Wiem że te moje wybuchy i  bunty są związane z moją wybujałą potrzebą wolności, z bezradnością wobec ograniczenia praw wyboru których sens rozumiem ale sposób wprowadzania mnie dołuje.
Wykrakałam, od czwartku maski na nos i usta, przy mojej wieńcówce i wysokim ciśnieniu marne szanse na oddychanie. Więc postanowione, brykam do schronu.
Na szczęście są też inne pocieszajki, mnie to akurat śmieszy, "te ludzie cudne są"!