Przyznać trzeba, że chociaż ten cały wschód słońca nie oczarował mnie, to ta chwila, na krawędzi nocy i dnia, światła i cienia, ma swoistą magię - ale chwila, a nie godzina.
Potem, gdy słońce wyżej, też było cudnie, pofociłam dookoła ..... ale czas na powrót. Jeszcze tu wrócę w lutym, może jeszcze będzie biała zima. A może już wiosna? Może to ostatnie śnieżne fotki tej zimy?
Dzień w domu, przepakowanie i do Mielca na coroczne, lutowe spotkanie rodzinne. Lubię takie małe miasteczka, ich starówki, ich wdzięk. Ale to miasteczko lubię specjalnie. Tu wszędzie blisko, wszystko znajome więcej lub mniej, czas płynie wolniej. Ten sentyment czuje się dopiero w pewnym wieku, gdy już się woli ciszej i wolniej, mniej i niezmienniej. Dlatego takie miasteczka się wyludniają, młodzi w pogoni za szansą wyjeżdżają do metropolii. A tu przecież pięknie i dobrze. Ciepło i przytulnie. I takie widoki z okien salonów!Właśnie - muszę i chcę się wybrać kiedyś, na spacer z aparatem, po okolicy. Bo jak już biorę aparat, to robię głównie słodkie rodzinne fotki, dla wspomnień i pamięci tych najmilszych chwil. A narazie looknęłam do Wikipedii i załączam z niej kilka fotek pocztówkowych. Wszystkie te miejsca o rzut beretem od rodzinnej kamienicy.




Pozdrowienia serdeczne i podziękowania gorące dla Halinki i Henia. Zdrowia i radości Kochani!!

