wtorek, 11 lutego 2014

Mielec - po wschodzie słońca


Trzy dni się czaiłam by wstać na wschód słońca i raz się udało. Tzn udało się wstać, bo już wschód nie bardzo się udał i fotki też. Budzik zadzwonił o 6.30 a ja wstałam! Ubrałam się ciepło!! I wyszłam !!! Wschód słońca akurat nie był zachwycający, bo niebo bezchmurne ale fociłam i cykałam do upojenia, dwie setki zdjęć, by nie czuć zimna - to po pierwsze, a po drugie to mój pierwszy i chyba ostatni zimowy wschód słońca, oglądany nie zza szyby.
Przyznać trzeba, że chociaż ten cały wschód słońca nie oczarował mnie, to ta chwila, na krawędzi nocy i dnia, światła i cienia, ma swoistą magię - ale chwila, a nie godzina.
Potem, gdy słońce wyżej, też było cudnie, pofociłam dookoła ..... ale czas na powrót. Jeszcze tu wrócę w lutym, może jeszcze będzie biała zima. A może już wiosna? Może to ostatnie śnieżne fotki tej zimy?
Dzień w domu, przepakowanie i do Mielca na coroczne, lutowe spotkanie rodzinne. Lubię takie małe miasteczka, ich starówki, ich wdzięk. Ale to miasteczko lubię specjalnie. Tu wszędzie blisko, wszystko znajome więcej lub mniej, czas płynie wolniej. Ten sentyment czuje się dopiero w pewnym wieku, gdy już się woli ciszej i wolniej, mniej i niezmienniej. Dlatego takie miasteczka się wyludniają, młodzi w pogoni za szansą wyjeżdżają do metropolii. A tu przecież pięknie i dobrze. Ciepło i przytulnie. I takie widoki z okien salonów!
Właśnie - muszę i chcę się wybrać kiedyś, na spacer z aparatem, po okolicy. Bo jak już biorę aparat, to robię głównie słodkie rodzinne fotki, dla wspomnień i pamięci tych najmilszych chwil. A narazie looknęłam do Wikipedii i załączam z niej kilka fotek pocztówkowych. Wszystkie te miejsca o rzut beretem od rodzinnej kamienicy.
Pozdrowienia serdeczne i podziękowania gorące dla Halinki i Henia. Zdrowia i radości Kochani!!

piątek, 7 lutego 2014

Plusy i minusy


Zawsze, jak jadę autkiem zimą do Brzózy, mam radość w sercu i duszę na ramieniu. Czy dojadę, czy droga niezawiana, czy brama nie przymarzła, czy kłódka nie zlodowaciała, czy da się tak wjechać by wyjechać kiedy trzeba. Wszystkie powyższe warianty już przerabiałam w poprzednie zimy i zastanawiam się, czy nie zostawić autka we wsi a prowiant, wodę, ciuchy, drewno, książki przenieść do chatty na kilka razy. Mijam wieś, droga biała ale przejezdna więc jadę dalej. Nad zalewem biało i pusto ale jadę dalej. A na skraju - stop, niewiele brakło, zakręt i jakieś 30 m do bramy. Próbuję jeździć tam i powrotem, kilka razy, by uklepać śnieg, dojeżdżam prawie do bramy. Odgarniam śnieg spod furtki by ją otworzyć i brnę w śniegu do pół łydki, w traperach wnuka. Brama zasypana ale kłódka da się otworzyć. Trzeba odśnieżyć wjazd i placyk pod autko, chyba dam radę. Z chatty biorę sztychówkę i szufelkę od szczotki-zmiotki, tyle klamotów w gospodarczym a wielkiej szufli nie ma. O dziwo, plastikowa szufelka sprawdza się lepiej, co nie znaczy, że dobrze. Odgarniam śnieg z pasa wjazdowego i prostokąt na autko z obejściem. Zeszło ponad godzinę, to dobry, zdrowy wysiłek. Wjeżdżam i wyjeżdżam znowu kilka razy, bo promień skrętu nie pokrywa się za bardzo z moim pracowicie odśnieżonym torem wjazdowym. Przy tych manewrach zmęczyłam się bardziej niż przy odśnieżaniu, więc tylko zamykam bramę i padam na fotel, odsapnąć odrobinkę. Dopiero teraz przebieram się z miastowych, bo spódnica dołem mokra a i w butach mnóstwo śniegu. Rozpakowuję autko w trzech kursach, dobrze że udało się podjechać, transport ze wsi to byłby wysiłek pewnie równy odśnieżaniu. Teraz już całkiem spokojnie idę z aparatem, obejść swoje włości. Jaka szkoda, że w ferworze odśnieżania zadeptałam tak wiele tropów niewiadomych gości.
Więc wychodzę za granice działki i tam też focę kilka różnych tropów i śladów. Śnieg się cudnie skrzy, ale tego mój aparat nie złapie. 
Teraz, już dla przyjemności, odśnieżam ścieżkę przy chatcie, podrzucając wysoko zachwycający, zdumiewający (amazing) srebrno-brylantowy puch, bo przedtem, skupiona (sfokusowana jak mówią niektórzy) na celu, tego uroku i czaru nie zauważyłam. Słońce coraz niżej, coraz chłodniej, wracam do izby zjeść późny obiad. Rozpalam szybko ogień, na szczęście zostawiłam przy piecyku suche szczapy, na nieszczęście znowu nie oczyściłam szyby, ale pal diabli widoki. Na obiad podgrzewam gulasz z grzybami, przywieziony z miasteczka i jem go z kromką chleba. Chcę zrobić herbatkę i okazuje się, że nie wzięłam z domu wody w bidonie a woda w chatcie zamarznięta na amen, i ta w bukłakach i ta we wiadrach. Woda w Tarlace i w zalewie także zamarznięta, zostaje tylko śnieg. 
Topię trochę, przecedzam przez serwetkę i chociaż śnieg był bielusieńki, woda jest szarawa. Wystarcza na wielki kubek i to jest naprawdę wspaniała herbata. W izbie nadal zimno, ciekawe przy jakiej temperaturze znikną obłoczki z ust. Przynoszę więcej śniegu i topię w garach na piecyku. Z gospodarczego przynoszę bukłak i stawiam na szafce przy oknie. Palę i podkładam, ale izba słabo się zaciepla bo temperatura na polu szybciej się obniża. Wychodzę na taras – cisza. Niesamowita, zdumiewająca, amazing!  Na termometrze -13 stopni więc wracam po kurtkę, czapkę, koc i siadam na schodku. Niebo rozgwieżdżone migocącymi gwiazdami (a może to tylko łzawią mi oczy), jaskrawy rogalik księżyca. Pachnie dym z komina, dym z suchego, liściastego drewna. Zmarzłam ale nic to, wracam do izby, podkładam polana, nie żałuję drewna i hycam do łóżka z Francuzem. Rozdział I. Luty. Las.
Tutaj

 Podsumowanie dnia pierwszego:
1. Dojechałam ale nie całkiem
2. Odśnieżanie trudne ale dałam radę
3. Suche szczapki na podpałkę są, ale szyba nie oczyszczona
4. Wody płynnej nigdzie niet ale śniegu pod dostatkiem
5. Woda ze śniegu "brudna" ale bardzo smaczna 
6. Przez 10 godzin palenia zużyłam połowę reszty swoich zapasów drewna ale przecież nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było
7. Mroźno i zimno ale też cicho i cudnie 
8. Zapasy ziemniaków i cebuli przemrożone, do wyrzucenia ale makaron i ryż w szczelnych słoikach, nie naruszone. 
9. Przy podłodze lód się nie topi ale na wysokości oczu temperatura całkiem przyjemna (Wilk pisze, że w Chacie nad Oniego na pieczce spali nago a na podłodze woda ciągle zamarznięta). U mnie sprawdza się tylko ta druga część, śpię we flanelowej koszuli i polarze.
10. Wieczory dłuuugie więc mnóstwo czasu na czytanie i marzenia, te nierealne więc cudowne bo bezpieczne .....

sobota, 1 lutego 2014

"Miłość w wieku Delete"


Chyba coś mi odbiło na stare lata. Tak tęsknię za chattą, tak chciałabym już tam jechać, kostka prawie w porządku, pogoda prawie wymarzona a mnie szkoda opuścić kwitnącego hiacynta, bo on codziennie się rozwija i zmienia, od dołu rozkwita. Dziś już tylko pąkowa czuprynka i wreszcie zaczyna uwalniać zapach ale nie jest to powód do radości, bo zapach, choć nienachalny, mocno duszny i słodki. Ale kwitnie prawie idealnie więc go focę dwa razy dziennie. A może ten hiacynt to pretekst, bo mnie tu trzyma błogość i wygoda - taka miłość w wieku delete, a dzikość i przygoda to tylko daleki zew natury.
Miłość w wieku Delete - tu kliknij.
Albo tak: Miłość w wieku Delete
Wyjaśniam, że chciałam tu umieścić filmik z uroczą, radosną a nawet frywolną piosenką nie na temat, śpiewaną przez Magdę Umer i Andrzeja Poniedzielskiego. Ale nie link, tylko miniaturkę, którą od razu da się otworzyć. Wypróbowałam oba sposoby ale wyszło tak samo. Się uparłam i w dodatku ja miałam sporo czasu (bo lekarz od osteroporozy nie miał czasu dla osób z dobrymi wynikami, więc i dla mnie), w końcu się udało, chociaż nie tak jak chciałam, bo otworzył mi się nowy post i musiałam kopiować wcale nie co nieco.

W końcu wyszło prawie idealnie.
Przy okazji tych prób posłuchałam innych piosenek ich razem, samej Umer, samego Poniedzielskiego, Umer i Jandy, Poniedzielskiego i Andrusa itd po nitce, po nitce ... a kłębek się nie zmniejszał i nić rozwijała, rozwijała ... i przeszło kilka godzin i zmierzch nastał a jam niepojedzona, zasłuchana, zapatrzona .....
A teraz mniej romantycznie i egzaltowanie. Od pewnego czasu jestem fanką masła czosnkowego. Najpierw kupowałam je w marketach za ciężkie pieniądze ale było za delikatne i za subtelne. Aż kiedyś odważyłam się zrobić sama. Kostkę masła i kilka łyżek klarowanego mieszam z posiekanym i utartym z odrobiną soli czosnkiem. Czosnku tyle ile zabierze masło, nawet 2 główki. To najtrudniejsza cześć pracy, bo strasznie trudno rozetrzeć posiekany, nawet na drobno czosnek, bo soli musi być naprawdę minimalnie. Muszę kiedyś spróbować z wyciskarką, bo trzonkiem noża to praca cięższa niż piłowanie czy rąbanie. A jak mam świeżą natkę pietruszki to dodaję jeszcze pęczek posiekanej.
I jak takim masełkiem posmaruję śniadaniowe kromeczki, to nie potrzeba ani parówek ani pomidorków, tylko masełko czosnkowe, żółty ser - i do opiekacza! I wtedy czosnek już tak nie pachnie, więc pewnie i nie ma żadnych wartości, ale jak smakuje! Takie masełko dobre też jako omasta, do wszystkiego. I jako tłuszcz do smażenia  np. filetów z ryb.