

Grzybobranie i biesiadowanie w doborowym towarzystwie. Tylko weekend ale tyle emocji, niepokojów, wrażeń, przeżyć, poruszeń ... Z tego wszystkiego zapomniałam focić, na szczęście moja tomna córcia ogarniała całość i zrobiła dokumentację foto, za co jej serdecznie dziękuję bo to dla mnie biesiada dla pamięci. Szkoda, że jej mało, za mało na zdjęciach ale to już taka dola organizatora.
Ponieważ trzeba się było dostosować do pracujących i uczących się a zjeżdżaliśmy się z Warszawy, Wrocławia i Boguchwały, do chatty przyjechaliśmy w piątek przed północą. Ale za to na bardzo późną kolację była nowa jesienna specjalność - knedle ze śliwkami w sosie śliwkowym. Jeszcze ogarnianie bagaży, pościeli, grzejników i sporo po północy wszyscy śpią, oprócz mnie, bo po pierwsze Starka tyle snu nie potrzebuje a po drugie od nadmiaru emocji kręci mi się w głowie.
Rano wszyscy budzą się powoli. Ja z gośćmi wybieramy się do lasu na rekonesans jeszcze przed śniadaniem a rodzinka zostaje pilnować chatty i podrzemać jeszcze troszkę.
Przynosimy nawet sporo grzybków ale szybko wracamy na śniadanko. Po śniadaniu idą do lasu wszyscy oprócz mnie bo czekam na moją ulubioną siostrę która właśnie wyjeżdża z miasteczka M. Czyszczę i sortuję grzybki uzbierane rankiem, będzie z nich na obiad zupa grzybowa na udkach drobiowych z makaronem albo risotto z grzybowym sosem. Przyjeżdża Siostrzyczka, parkuje autko przed bramą i od razu chce do lasu. Więc spotykamy się z resztą na ścieżce i serdecznie się witamy.




Zostawiamy na tarasie zebrane plony grzybobrania i idziemy przez kładkę do lasu państwowego.
I tu zaskoczenie. Las dużo większy, bardziej urozmaicony a plony mizerniejsze. Chodzimy wytrwale ale po zebraniu kilkunastu sitarek i podgrzybków, wracamy do chatty na kawkę.







Kawka na tarasie i czyszczenie grzybków to urokliwe chwile, Maro robi nam radosne zdjęcia, np takie! Istny, cudowny Babiniec
Potem wszyscy goście idą do lasku a ja zostaję z wnukiem i rozpalamy piecyk. Maro pilnuje ognia a ja gotuję zupę grzybową na tarasie. Goście wracają z lasu, troszkę przemoczeni bo po południu zaczęło padać. Ale przynoszą ciekawe zbiory.







Siadamy do obiadu, wielki gar w mig znika, wszyscy mamy apetyty jak to po spacerach w lesie.






Potem przy tym samym maleńkim stole czyścimy grzybki, żeby nie brać do domów ślimaczków i robaczków.


Zbliża się zmierzch, goście się pakują i wyjeżdżają, z koszykami grzybów, zadowoleni i usatysfakcjonowani. Jak jest dobrze to trzeba to powtórzyć, postanawiam zrobić z takich jesiennych spotkań nową, świecką tradycję.
Zostajemy w ścisłym, rodzinnym gronie, chociaż szkoda, że bez Halinki. Ogarniamy izbę i gościnny, Asia robi grzanki na kolację i dla dorosłych dodatkowo gorącego grzańca. I hazardujemy się w kości i w karty ale nie długo, bo po tych kilkakrotnych spacerach w lesie szybko robimy się śpiący. Dziś zasypiam szybciutko w szumie suszarki z grzybkami.






Rano znowu rekonesans po pobliskim lesie, tym razem Maro pilnuje chatty. Po śniadaniu znowu nasza świecka tradycja czyli spacer z Spider-Manem po lesie. Kocham tego chłopaka, poważny i radosny, mądry i beztroski. I jego Mamę, która go tego nauczyła bo też to ma.

















Po powrocie szybko się pakujemy, bo jeszcze w Rzeszówku idziemy na mszę i na obiad a dziecka mają pociąg do Wrocka o 16 tej.


Było miło i uroczo, grzybnie i biesiadnie i niepotrzebnie się stresowałam czy wszyscy będą zadowoleni. Bo przecież to rodzinka i sprawdzeni znajomi, wyluzowani i bezpretensjonalni.
Dziękuję Asi za zorganizowanie "spędu", to miła odmiana po równie uroczych dniach spędzanych solo.