piątek, 9 lipca 2021

Przedostatni taki

Przedostatni taki pobyt w chatcie na skraju więc przedłużam go ile mogę, bez burzenia ustalonych planów ( 4 a może nawet 5 dni). W piątek przywiozła mnie Pani Ania, po drodze załatwiła telefonicznie pozytywne pismo z gminy o rezygnacji z pierwokupu. Obeszłyśmy działkę i chattę, pokazałam jej z grubsza tajniki kluczy, okiennic, prądu, podpiwniczenia, podtarasia. Pokazała mi jak poskromić bujność pnączy na tarasie, wisterii, hortensji pnącej, bluszczu i powojników. Gdy wyjechała obkosiłam wjazd i obejście chatty i zapadłam na tarasie w fotelisku do nocy, w zadumie i zamyśleniu, nad czekającą mnie, dziwną i niezbyt miłą sprawą z K i W.
W sobotę obudziłam się z deszczem, śniadanie zjadłam na tarasie gdy pluskało w rynnach, poszłam do sklepu w mżawce, wracałam w ulewie. Przemoczona dotarłam do chatty, zdjęłam mokre ciuszki, osuszyłam się ręcznikiem, przebrałam w koszulę i umościłam się w fotelisku z Marem (Mariusz Wilk) - " Dom nad Oniego". Aż się dziwię, że chociaż czytam to już nie po raz pierwszy, nie zakreślałam ołówkiem duszeszczypatielnych akapitów, pewnie ją czytałam całą z zachwytem i uniesieniem. Tym razem ją czytam powoli, z ołówkiem w ręku i zaznaczam co smakowitsze kąski. 
W niedzielę nadal siąpi, nawet gdybym chciała zgrzeszyć nie da się skończyć koszenia. Obchodzimy z Władzią zalew dookoła dziwując się rozmachem w inwestycjach rekreacyjnych i turystycznych. Do boisk, placów zabaw, fitnessów pod chmurką, siedziska z kręgiem na ognisko, ławeczek i stolików, wypożyczalni sprzętu pływającego, doszła tyrolka, zagospodarowana i ogrodzona plaża, a w planie nawet bar. Oj, będzie się działo w lecie!!! Będzie gwarno i wesoło by nie rzec głośno i krzykliwie. Może w sam najlepszy czas się wyprowadzam, bo w moim wieku ceni się raczej ciszę i spokój. 
Wszyscy mówią, grzybów w lesie nie ma a Grażka nie wierzy, idzie i znajduje mnóstwo złocistych kurek.  Dobra dusza dała mi garść do porannej jajecznicy na jutro. 
Niedzielne popołudnie spędzam znowu na tarasie, sporo gości przewija się dziś przez moją chattę i działkę. Miłe pożegnania, serdeczne życzenia, dary dla mnie i ode mnie. I oczywiście obchodzę działkę z aparatem by utrwalić to ostatnie lato w Brzózie Królewskiej.
Wieczorem opar podnosi się z łąki, podnosi się też temperatura. Idzie zmiana pogody. Znowu obiad na tarasie i czytanie Pana Wilka. Kończę "Dom Nad Oniego" i zaczynam "Dom włóczęgi". Ten pisarz -  włóczęga pisze cudnie, ma taki oszczędny ale jednocześnie bujny język, ujmujące mnie neologizmy. Cała seria "Dziennik północy" warta polecenia, zwłaszcza dla wielbicieli Syberii.  
W poniedziałek od rana parność i duszność, temperatura się podniosła ponad 10 stopni. Może i trawa zaczyna obsychać ale ja mam za mało siły by uruchomić kosiarkę i chodzić z nią w wilgotnym, gorącym powietrzu. A poza tym mam już na dziś ambitny plan założenia siatki na stelaż nad borówką amerykańską, by ptaszory nie zjadły caluśkich plonów i by nowa właścicielka miała coś zdrowego i aromatycznego i smakowitego na dobry początek. Przybyła silna grupa w ilości trzech miłych ludzi i wcale nie w mig, bo było ciasno i duszno ale założyliśmy siatkę. Zakładanie, rozsuwanie, mocowanie, poprawianie i wreszcie można było siąść na tarasie z szampanem od Bożenki. Twoje zdrowie!
W ostatni dzień we wtorek już tylko koszenie reszty całości (choć wcale nie było chłodniej ale już trzeba było), zagrabienie ziemi z wykopu, posianie trawy i podlanie obficie. No i znowu spacer po włościach z aparatem. 
A na koniec utwór " Przedostatni walc" Pana Wojtka M, w uroczo zalotnym duecie z Panią Hanną B.
 https://www.youtube.com/watch?v=NG_MzRu5ZmU

środa, 7 lipca 2021

Oswajanie gołębnika i balkonu

Ponieważ transakcja jeszcze nie domknięta narazie oswajanie bezgotówkowe, by mieć codziennie coś radosnego do zrobienia. W gołębniku postawiłam turystyczny stolik wygrzebany w przepastnym sezamie Kajki i dwa plastikowe krzesła znalezione tamżesz.  Kupiłam dziwną bazylię i lawendę by mieć w kątku coś zielonego i delikatnie kolorowego. I znalazłam pajęczynkę na szczęście. Narazie, w letnie upały, życie koncentruje się na balkonie i w kuchni ale tu już sobie szykuję świątynię dumania na jesienne dni.

Większy problem mam z balkonem, bo tam zielone trzeba podlewać chociaż co dwa dni ale obficie. A mnie w mieszkaniu nie ma dwa razy tyle. I gdy zaczyna rozkwitać cudna róża ja już wyjeżdżam a gdy przyjeżdżam już przekwitła. Umyka mi ten cały proces rozwoju i rozkwitania, rozchylania płatków, zawiązywania owoców. To samo z pomidorem, tymiankiem, bazylią, koprem, miętą ...
Ale dam radę, niech no tylko oddam chattę w dobre ręce, zostaną mi tylko dwa domy i łatwiej będzie to moje życie ogarnąć i się nim nacieszyć a nie tylko w biegu skubnąć coś dobrego i radosnego.