piątek, 15 września 2017

Wczesnojesiennie

Zaczyna się wrzesień, koniec wakacyjnego gwaru,  przemiłych gości, prac modernizacyjnych, letniego skwaru. Zaczyna się wrzesień, początek mgieł, mżawek, ciszy, światła na tarasie, zadumy, melancholii i zabaw z ogniem.

I astrów mix. Te dostałam od bratowej i część posadziłam przed tarasem a co się nie zmieściło przy ogrodzeniu od wschodu. Teraz te przed tarasem cieszą moje oczy a tamte przechodzących spacerowiczów. Dziwna sprawa z tymi astrami, teraz robią takie sztuczne kwiaty, że wyglądają jak prawdziwe a te prawdziwe wyglądają jak z bibułki i pasków kolorowego papieru.

Nad wodą a właściwie nad bajorem, bo spuścili wodę z zalewu,  podobno przed czyszczeniem i odmulaniem ale jak narazie nic się nie dzieje, czekają pewnie aż reszta wody wyparuje.
Ps. Ruszyły prace !

W lesie jeszcze lato, bo grzybów albo brak albo robaczywki, chociaż wrzosy już w pełnym rozkwicie. Wrzosy, wrzesień, jesień!

Ale przed lasem, nad wodą, też jeszcze żółto - złoto czyli letnio i radośnie

Tydzień później podobno w lesie grzyb już jest więc też zabieram aparat. Grzybów jakby więcej ale głównie te, których nie zbieram, co nie znaczy, że są niejadalne. Postanawiam zacząć robić album pt: grzyby których nie zbieram. A gdy wreszcie znajduję 'moje' wysiada mi aparat. To jakaś seria, najpierw cewka i miska olejowa w autku a teraz aparat. Moje zaskórniaczki topnieją w zastraszającym tempie.

Maleńka sień wyłożona nowymi płytkami może i jest praktyczna ale chłodna i łatwo brudząca. Kupiłam więc miękką łazienkową wykładzinę, teraz miło jest chodzić po niej na bosaka, nawet w chłodniejszy wczesnojesienny dzień i wieczór.

A tak wygląda mój pomalowany taras i jednak schody, bo okazało się, że pomalowany beton nie jest wcale tak śliski jak myślałam. A na części przy drzwiach położyłam podesty, które wcześniej były w sieni. Jeszcze tylko je pomalować i finito na ten rok. 
Jak fajnie jest gotować na świeżym powietrzu, niespodziewanie udało mi się ożywić kuchenkę spaskudzoną przez wandala. Tylko jeden palnik czynny więc jest albo zupa np maślakowa albo drugie danie np kania panierowana, wielka na całą patelnię.

Powiesiłam błyskotki na lipce, na wiacie winnej i na tarasie. Znak czasu, już nie kolorowe wstążeczki tylko płyty CD. Ale spełniają tą samą rolę, migocąc i błyskając tęczowo. Będą i wstążeczki, bo narazie powiesiłam płyty na tym co miałam pod ręką ale kupię tęczowe wstążeczki i powieszę je i osobno i na nich pozawieszam tęczulki. Niech zanoszą modlitwy do Nieba z każdym podmuchem wiatru! Wystarczy na nie spojrzeć a już gębusia się uśmiecha i lżej się robi na ciele i na duszy.
 
Mam też ciekawych i dziwnych gości. Czyżby to była modliszka , a może modliszek? Ale dlaczego nie zielonkawe? A może to nie modliszka tylko jakiś konik polny albo patyczak?

Masz wszystko!!! Bo ja tutaj, teraz - TAK.

piątek, 1 września 2017

Pracowity czas Dżeja na skraju

To już koniec prac porządkowych, ręcznych i inwestycji w tym roku, na skraju, tym razem znowu bardziej czasochłonne i pracochłonne niż wymagające finansowo. Przyjechał pierworodny wnuk, ' na ile chcesz babciu' ale szybko się okazało, że zapomniał o wcześniejszych zobowiązaniach i przyjechał właściwie na dzień. Nic to, będzie okazja zaprosić go znowu do pomocy. Ale za to nie ociągał się z rozpoczęciem prac, tylko od razu po przyjeździe zabrał się do roboty. Po drodze pojechaliśmy do Castoramy i 'wybraliśmy' zaprawę i farbę. 'Wybraliśmy' dla farby nie pasuje, bo był każdy kolor pod warunkiem, że szary. Była wprawdzie jedna puszka jasno szarego ale nam potrzebne dwie więc został nam tylko szary. Uwaga, nie ma co iść do Castoramy w Rzeszowie bo wzięliśmy dwie ostatnie puszki. Na skraju powynosiliśmy wszystko ( a nie jest tego mało) na drewnianą część tarasu, pozamiataliśmy, poodkurzaliśmy i zaczęło się szpachlowanie podziurkowanej i powybijanej, starej, cementowej podłogi. To już tylko wnuk, bo to robota w pozycjach dla mnie już niedostępnych. Zeszło do ciemna, nawet włączyliśmy przenośną lampę bo Dżej jest dokładny i chciał widzieć nierówności, które mi nie przeszkadzały ale powiada, jak robić to dobrze!

Właściwie to byłoby tyle na dziś ale zostało jeszcze sporo zaprawy i umyśliliśmy, że zaszpachluje się też wżery i dziury na schodach, choć w moich planach tego nie było. Pozamiatałam, odkurzyłam i wnusio pracowicie i starannie pozaprawiał i zaszpachlował dwa pierwsze od góry schodki, bo reszta ma być szorstka, bym się nie ślizgała w mokrych stopach i butach.
Zaprawa szybko wysychała i bielała ale w większych ubytkach wsiąkała i kurczyła się tworząc dołeczki. Mnie by to nie przeszkadzało, wnukowi jednak tak. Więc znowu od początku tarasu szpachlował i wyrównywał te większe zagłębienia.

Uff, tym razem już naprawdę mógłby być fajerant ale znowu zostało jeszcze zaprawy i umyśliliśmy ( tym razem właściwie ja), że zrobi się jeszcze ten kawałek w letniej kuchni, gdzie zawsze, gdy fachowcy, którym też zawsze zostawało, pytali: gdzie to Pani wrzucić? a ja mówiłam: to może pod stołem, pod zmywakiem, pod pojemnikiem na deszczówkę .... i tam jest nierówno, po każdym fachowcu pacyna betonu albo zaprawy. Na codzień mi to nie przeszkadzało, ja w ogóle jestem miłośniczką prowizorki ale jak już jest okazja bo i wnuk nie jest niechętny i zaprawa .... Tym razem trzeba było powystawiać na trawę rozklekotany stół, stary i wielki metalowy zmywak i wszystkie klamoty i przydasie ( ile też tego się nazbierało, się, bo chyba nie ja), znowu pozamiatać, odkurzyć. Tu też pozycje dla mnie już nieosiągalne a zresztą prawie już przysypiałam na fotelu. Ciemną nocą, przy rozgwieżdżonym niebie i wąskim księżycu wreszcie skończyliśmy.

Obeszłam jeszcze chattę po gospodarsku, cała rozświetlona (bardziej chatta niż ja). Pogasiłam światła na zewnątrz, umyłam szpachelki i wiadro i wreszcie ogłosiliśmy koniec pracy na dziś.

 Nazajutrz wstałam wcześnie, słońce raz prześwieca a raz chowa się za las. Wypiłam poranną kawkę w kubasku Przyjaciółki z motylami ( i pożałowałam, że jej tak dawno tutaj nie było ale taka karma). Potem pojadłam malin i pomidorków prosto z krzaka ( ile ich jeszcze czeka do dojrzenia) i z aparatem obeszłam włości. Po powrocie tosty z szynką i serem, pożywne śniadanie przed całodzienną pracą.

Po śniadaniu mycie ścian tarasu i listewkowanie góry. Zeszło prawie do obiadu na który, ze względu na brak warunków do przyrządzenia planowanych naleśników meksykańskich, była pizza Mafia. Nie daliśmy rady całej.

Po króciutkiej poobiedniej przerwie wreszcie malowanie posadzki szarą farbą do betonu. Wychodzi nadspodziewanie dobrze, szary ma odcień czasem błękitu, czasem lilaka, jest jasno i czysto. Pierwszą warstwę Dżej maluje pędzlem, starannie wciera, maluje dodatkowo wszerz i wzdłuż ... choć taras nieduży schodzi dwie godziny i prawie litr farby. Potem krótka przerwa bo farba szybko wysycha i drugą warstwę maluje wałkiem. Tym razem idzie piorunem, ledwo zdążamy się ewakuować do chatty, bo taras zamalowany do drzwi.

Mamy trzy godziny do odjazdu, musi wyschnąć choć teraz może to trwać dłużej bo już nocny chłód. Ja idę na drzemkę, Dżej do kąpieli i nie wiadomo kiedy już północ i czas się zbierać do wyjazdu bo autobus z miasta wojewódzkiego wyjeżdża o 1.30. Dlatego nie ma zdjęć efektu końcowego ale jest cudnie, warto było!!! Dziękuję Ci wnuczku!!!

A jak wnusio pokazał, że potrafi i to bardzo dobrze, następnym razem czas na malowanie posadzki w garażu.