motyle

piątek, 1 lutego 2013

Dniówka ze służbą zdrowia


Lodowe cudeńka zauważone, zapamiętane i utrwalone, wieczorem zapowiadają ocieplenie, myślę że czas do Brzózki. Ale nocą dalej zimno, rano jeszcze boli upadnięte kolanko i jakiś lekki atak duszności – zaczekam z decyzją do jutra. Dzień przeleniuchowany chociaż usmażyłam cały stosik schabowych na drogę, dwa zjadam z puszkowym groszkiem. Wychodzę na wieczorny spacer i utrwalam, utrwalam.
Gdy wracam znowu atak bólu, mocniejszy niż rankiem. Trwający kilkanaście minut, niepokojący, z uciskiem i dusznością zamostkową, z paniką i zimnymi potami. Po kilkunastu minutach sam przechodzi jak przyszedł. Jaka ulga. Do następnego razu za trzy godziny. Czynię próby znalezienia sposobu by mniej bolało, otwieram i zamykam okno, próbuję różnych pozycji, źle siedzieć, źle leżeć jeszcze gorzej chodzić i nic nie przynosi ulgi, nic nie pomaga. I tak przez całą nockę, atak i przerwa. W przerwach przysypiam z wystukanym 999 na telefonie i palcem na zielonej słuchawce. Na własną rękę biorę 2 tabletki na uspokojenie bo nocą strach i panika mają wielkie oczy. Potem się dowiaduję, że niepokój, strach a nawet uczucie trwogi to rutynowe objawy towarzyszące atakom wieńcówki. Po północy każdy atak zostawia lekki ale nieustający ucisk który niepokoi mnie nawet bardziej niż kilkunastominutowe ataki . By czymś zająć przestraszony umysł zastanawiam się dlaczego i skąd te nawroty. Dochodzę do wniosku, że to właśnie realizująca się redukcja leków zaordynowana przez kardiologa. I zima a więc mało ruchu, dużo książek, mało jarzyn dużo mięsa (czyli dieta północnoeuropejska bogata w tłuszcze), dwa posiłki zamiast pięciu. Podchodzę do okien, wokół spokój i ciemność i cisza, wszyscy głęboko śpią. Zaczynam chaotycznie zapisywać postanowienia, że dieta, że ruch ale myśli mi się rwą i …. budzę się raniuśko, z palcem na zielonej słuchawce.

Ból stały ale lekki, jest jasno, jest dobrze, wokół cudnie hałasują ludzie. Ubieram się i jestem w przychodni zaraz po otwarciu. Moja lekarka na zwolnieniu, lekarz przyjdzie dopiero za dwie godziny ale robią mi wywiad i EKG, wygląda źle ale nie dramatycznie. Wracam do mieszkania, znowu atak duszności ale lekki, taki poranny. Zjadam małe śniadanko, porcję porannych lekarstw i kładę się na chwilę. Ból przechodzi, już pora i idę do przychodni. A tam poruszenie, szukali mnie wszyscy nawet po zakamarkach i toaletach. Przepraszam i wchodzę do lekarza. Mierzy ciśnienie, opowiadam o nocy, ogląda EKG i decyduje, że trzeba jechać do szpitala. Karetką. Chcę iść do mieszkania po dokumenty, pieniądze ale nie pozwalają, mają pesel i to wystarczy. Czuję się dobrze ale strach przed powtórzeniem takiej nocy sprawia, że nie protestuję. Dostaję od pielęgniarki paczkę chusteczek bo jestem jakaś płaczliwa i rozdrażniona, wkłuwa mi też wenflon w prawą rękę. Na kozetce czekam na karetkę, długo czekam ale czuję się zaopiekowana i mija nawet ten lekki, towarzyszący mi od pół doby ucisk. Całkiem zdrowa wsiadam do karetki z saszetką w której mam badania, lekarstwa, książkę, okulary. W kieszeniach trochę bilonu i chusteczki. Wszystko co mam przyda mi się potem. Z karetki przesiadam się na wózek i przewożą mnie jak królową do izby przyjęć.

Jest 10 ta. I tu koniec radosnego spotkania z służbą zdrowia. Królowa, nie królowa pół godziny czekam by ktoś podszedł i spytał po co tu jestem. Potem na leżankę i robią mi drugie EKG, pielęgniarka robi też wywiad czyli po raz trzeci ale nie ostatni, opowiadam co się działo nocą, pokazuję badania i brane lekarstwa. Teraz trzeba czekać na lekarza, najpierw na owym łożu a potem na korytarzu bo na izbie przyjęć robi się tłok, karetki kursują , ludzie przychodzą terminowi i z wypadków. Osiem stanowisk i każde zajęte, anonimowość, same przypadki, słyszę jak mówią, ten wyrostek na szóstce, ta hipotermia na trójce, te wrzody na jedynce. Czekam i czekam na twardym krzesełku poczekalni i tak mam dobrze, bo kilka osób stoi a nie są to tylko osoby towarzyszące. Po następnej pół godzinie wołają mnie do izby przyjęć. Każą siadać na łóżku, przychodzi pani (chyba lekarz ale nie przedstawia się, to nie Leśna Góra), znowu kolejny wywiad, pokazuję brane lekarstwa, uciska tu i tam, zleca badania krwi. Przesiadam się na krzesło, najlepsza żyła zajęta na wenflon, pielęgniarka gmera w mojej drugiej ręce, robi dwie nowe dziurki w przegubie ale krew nie chce lecieć chociaż zaciskam z całej siły. Robi więc czwartą dziurkę na dłoni i tym razem się udaje, tyle że jak wstaję, jak zwykle robi mi się słabo i kręci mi się w głowie. Dostaję kieliszeczek gorzkości paskudnej i pozwalają mi poleżeć na leżance. Przez pół godzinki mojego leżenia przywożą kilka „przypadków na wózkach”, głównie ludzie starsi, prosto z łóżek, okutani kocami, niedosłyszący, skarżący się że wszystko boli, zdezorientowani. Pielęgniarki dzwoniące do laboratorium : "do cholery, co się tam dzieje, ile można czekać na wyniki,  gdzie pani doktor i kiedy przyjdzie?" Głupio mi tak leżeć jak tu tyle nieszczęścia, wstaję i chcę wyjść do poczekalni ale nie pozwalają, czekam aż pielęgniarka będzie wolna i z asystą wychodzę do poczekalni. Sadza mnie przy rejestracji i oddaje pod opiekę. Po chwili słabość przechodzi, już wiem że czekanie na wyniki będzie długie. Jest południe, sprawdzam drobne w kieszeni, wystarczy na dwa jogurty, zeszycik i długopis. Do kiosku dwa piętra w górę po schodach i dwa z powrotem i ból zamostkowy wraca, pierwszy od czterech godzin. Zgłaszam się na izbę, dostaję pigułeczkę, słyszę że sprawdzają kiedy poszła moja krew do badania, wyczuwam, że powinno się chyba powtórzyć badania przy bólu ale sadzają na kozetce i po chwili ból mija. Wracam na korytarz, zajmuję dobre miejsce siedzące przy półeczce, wyciągam zeszycik, okulary i długopisem zapisuję zdarzenia, wrażenia i emocje. Co i raz ktoś z czekających mnie pyta co zapisuję, czy to będzie w gazecie i chociaż mówię że to tylko tak, dla siebie, rozwija się rozmowa o służbie zdrowia, dramaty i dykteryjki, opowieści z życia i ze słyszenia. Odkładam notes, trochę słucham (teraz się licytują ile kto czeka na wyniki, wychodzi że od dwóch do trzech godzin) a potem otwieram książkę, trafiła mi się „Przeżyć z wilkami” i chociaż już po kilku stronach orientuję się, że ją czytałam i to chyba niedawno, z przyjemnością zagłębiam się razem z siedmioletnią dziewuszką w czas wojny, okrutny świat ludzi i szlachetny świat zwierząt. Nic mnie nie boli, nigdzie mi się nie spieszy i czekanie ponad dwugodzinne szybko mija. Wreszcie, gdy już myślałam że zapomnieli, wołają po nazwisku. I kazują znowu siadać na krześle do pobrania krwi. Nie mówią dlaczego i po co, denerwuję się, że może wyniki nie takie ale pytam i dopytuję. Niechętnie informują, że nie jest źle, zawału nie było, raczej wrócę do domu ale jakieś badania trzeba powtórzyć po kilku godzinach. Znowu dwie nowe dziurki i czekanie, tym razem tylko godzinne. Gdy wzywają, przychodzi pan, uśmiechnięty, zrelaksowany i miły, chyba lekarz. Dostaję receptę na leki wycofane przez kardiologa i dodatkowo leki uspakajające, wyniki badań i kartę informacyjna, pigułeczkę na drogę i mogę wrócić do domu. Ponad 8 godzin w służbie zdrowia. Wracam taksówką, „bogatsza” o 6 pozaklejanych dziurek, receptę i kilka kartek badań.
Następną noc przespałam i to oczywiste po poprzedniej, nie byłoby to warte wzmianki gdyby nie to, że połowę następnego dnia też.  Razem jakieś 20 godzin. A popołudniu wstałam całkiem już zdrowa, na obiad gorące ziemniaczki z sałatką z pomidora, na kolację kanapka z białym twarożkiem. Dietetycznie. Postanowione – realizowane. Kontynuować codzienny spacer, pięć posiłków zamiast dwóch, nic smażonego, nic tłustego. Przynajmniej dopóki żywy będzie strach przed powtórzeniem takiej nocy.
Poszłam na mały spacer po wodzie, zaniosłam nasmażone kotlety i kawałeczek boczusia na polankę pod orzecha – aż „zabolało” z żalu że ktoś inny będzie miał ucztę.
Trzy dni minęło i jestem „zdrowa” to znaczy nic nie boli. Jak nie będzie przeszkadzajek, w poniedziałek wyruszam do B.K.
A żonkilki już przekwitają …..

18 komentarzy:

  1. Bardzo Ci współczuję doświadczeń ze służbą zdrowia. Oj trzeba być zdrowym, żeby chorowac . W szpitalach znieczulica jest tak wielka, brak poszanowania człowieka, że mnie aż to przeraża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację Adelko, też mam takie doświadczenia ale nawet nie chodzi mi o znieczulicę tylko o ten brak poszanowania. Takie np. drobiazgi jak twarde i niewygodne krzesełka w poczekalni i ich za mała ilość, brak informacji o robionych zabiegach, badaniach, czasie czekania, celu czekania, anonimowość pacjenta, pielęgniarki, lekarza. Ja dawałam sobie radę ale byli tam naprawdę chorzy, niedołężni, zagubieni, starzy - ich żal.

      Usuń
  2. A bo te żonkilki jakieś takie pędzone, przynosi się do domu, a one rosną w niebo i giną; Krystyno, będziesz bezpieczna w BK???? a może tam jest Ci lepiej, niż w Twoim miasteczku? leśne powietrze, spacery, kontakt z przyrodą ... miej telefon przy sobie, bo sama nie wiem, co można radzić; pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja miałam zamiar przenieść je potem do ziemi, pewnie nic z nich nie będzie.
      Mario, dlatego narazie tęsknię i czekam, lekarz powiedział, że po trzech dniach organizm się ustabilizuje a w poniedziałek będzie już 6 dni. Pojadę jak będę pewna, taka szałaputka to ja już nie jestem.
      A sama rzekłaś - tam sanatorium!!!

      Usuń
  3. Kochana Krystynko, w służbie zdrowia istny horror, nie dość że traktują ludzi jak przedmioty, to jeszcze, wielokrotnie wieje od nich niekompetencją. Krystynko, ja na Twoim miejscu poszłabym jeszcze do jakiegoś dobrego kardiologa z tymi wszystkimi wynikami badań, aby upewnić się, że zaaplikowano odpowiednie leki i sposób leczenia. A jak się upewnisz, to sanatorium w Brzózie, dieta i spacery :-))) Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak zrobię Dominiko. Pod koniec lutego próby wysiłkowe i z kompletem badań do mojego kardiologa, dobrego podobno a potem na konsultacje.
      Do Brzózki narazie na krótko, na pobyt sanatoryjny bliżej wiosny.

      Usuń
  4. Zgłaszam reklamację,jak dla mnie za małe literki, nawet w okularach muszę wytężać wzrok, żeby przeczytać. Proszę o większe.

    OdpowiedzUsuń
  5. Im więcej tekstu tym mniejsze literki. Myślę, że tak obszernych postów nie będzie wiele. Będziesz zadowolona Siostrzyczko!

    OdpowiedzUsuń
  6. Krystyno, tutaj w Australii podobnie jesli chodzi o emergency department czyli pogotowie ratunkowe, chociaz nigdzie tak tego nie nazywasz. Tez potrafi byc dlugie czekanie, tylko zlamania sa szybkie, krzesla twarde, tylko dla matek z malymi dziecmi jest luksusowa czesc kanapy, fotele, dywan, zabawki.
    Nie rozumie tylko jednego dlaczego musialas uzyc schody a nie winde, ja bez windy kondygnacji nie zmienie, bo uzywam walker, nie wiem jak to nazwac, pcham przed soba, na kolkach z siedzeniem. Ale jak juz jestes w szpitalu na lozku opieka jest jak nalezy, pielegniarki sa wspaniale. Teresa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To była izba przyjęć w szpitalu Teresko, tam mnie skierowali z przychodni. I smuci mnie że wszędzie takie niewygody na kilkugodzinne czekanie, nawet na antypodach.
      Szłam schodami bo mogłam, bo jakoś mi nie przyszło do głowy szukać windy chociaż gdzieś na pewno była, zresztą szłam powoli.
      Mam nadzieję, że nie będę musiała sprawdzać jak to jest, jak już się leży na łóżku w szpitalu.
      Krystynka

      Usuń
  7. Padnę przez te twoje przygody na zawał, z nerwów a nie wieńcówki. Po pierwsze przy takich objawach wzywa sie karetkę, a nie biega po przychodniach, dużo by Ci dał ten palec na zielonym w razie pogorszenia. Po drugie czy Tobie nie jest potrzebna np koronarografia? Bo te objawy dobre nie są. I po trzecie jak sobie wyobrażasz taki atak na tej rubieży, gdzie mieszkasz z misiem??? Najpierw należałoby isć do dobrego specjalisty, sprawe dokładnie zbadac i dopiero sie wybierać na chattę, a i to dopiero, jak pogoda się ustabilizuje, czyli późną wiosną, albo w towarzystwie. Ściskam lekko szyjkę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czesiu, nie złość i nie złościj się, ja do przychodni mam 100 metrów (tyle samo zresztą do szkoły, do kościoła i na cmentarz). Zacne sąsiedztwo.
      Kochana, ja z wieńcówką żyję już kilka lat, biorę lekarstwa i dotąd dobrze było a teraz właśnie specjalista namieszał bo wycofał mi dwie z czterech pigułek dziennie - codziennie.
      A w chatcie od razu bym zadzwoniła po pogotowie.
      Szyjce przyjemnie i dziękuje

      Usuń
    2. No dobra, ale bądź czujna :*

      Usuń
    3. Czujna, zwarta i gotowa - tylko do czego? :*

      Usuń
  8. Lo matko, i corko! Podziwiam Cie, ze tak dlugo czekalas. To sie w glowie nie miesci jak dziala w Polsce sluzba zdrowia, trzeba byc naprawde zdrowym aby,to wszystko wytrzymac.
    Przecztalam post bardzo dokladnie i rowniez zwrocilam uwage na to, ze lekarz ktory wycofal tabletki, chyba popelnil blad.
    Krystynko, dbaj o siebie. Przejdz na diete jesli trzeba, i koniecznie udaj sie do innego lekarza.
    Moc usciskow przesylam:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja się też podziwiam, teraz - po czasie.
    Wiesz, to działanie życzeniowe. Tak się ucieszyłam ze zmniejszenia leków, że nie dopytywałam, nie dociekałam i to może był mój błąd.
    Dbam jak umiem i chcę. Może nie dieta ale zmiana nawyków żywieniowych.
    Też Cię przytulam wirtualnie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ania z Siedliska10 lutego 2013 19:23

    Nie wiem, jak to się stało ale dopiero teraz przeczytałam o Twoich przeżyciach. Bardzo Ci współczuję takich "mocnych" przezyc ale jak zrozumiałam - to zmniejszenie ilości leków było przyczyną ? Ja tez uwielbiam smażeniny ale z rozsądku jem ich bardzo mało ( niby wieńcówki nie mam ale licho nie spi). O dziwo, polubiłam gotowane mięsiwa - polecam Ci ! Białko też nam potrzebne, same warzywka dobre sa w diecie śródziemnomorskiej. Krysiu, życzę Ci, byś juz nigdy tego nie przezywała - pamietaj : DALEKO OD NOSZY :-) !

    OdpowiedzUsuń
  11. Właśnie, przypomniałaś mi Aniu, gotowane mięsko. I zupki na mięsku. Jakoś zaniedbałam takie jedzenie.
    Ja też mam nadzieje, że to się już nie powtórzy, było groźnie. Masz rację - daleko od noszy.

    OdpowiedzUsuń