wtorek, 13 października 2020

Świecka tradycja

Właściwie od niedawna ten zjazd na grzybobranie w Brzózie to świecka nasza tradycja. Październikowe grzybobranie połączone z pracami działkowymi, ogrodowymi i domkowymi. W Brzózie ochoczo i roboczo, grzybnie i rodzinnie. W tym roku było podobnie ale inaczej. Zaczęło się od awarii, w środku cud, miód, malina a skończyło się dziwnie ale o tem potem. 

Grzybobranie codziennie ale grzybków nie za wiele. Zresztą nie o zbiory tu szło ale po pobywanie w lesie razem, rodzinnie. O wdychanie leśnego powietrza, deptanie po poduchach mchu, schylanie,  focenie ..... 
I choć grzybków było niewiele to na śniadaniowe jajecznice i obiadowe zupy w zupełności wystarczyło. Gotowanie i jedzenie czasem w izbie a czasem na tarasie, w zależności od temperatury i ochoty, to fajna przygoda. 
Roboczo też było i to bardzo mimo niepewnej pogody. Zaczęło się od prac w izbie, na liście wieszadełka kominkowe i deseczka na murku do odstawiania gorących kubasków. A też naprawa kuchenki elektrycznej. Wykonanie wnuka Maro ale rady i przeszkadzajki Asi i moje. 

Z prac polowych jesienne przycinanie żywopłotu z ligustra, dzikiego wina i malin. I jak się okazało trzeba było uważać by nie zdeptać modliszki.
I trzecia pozycja na liście, obrywanie kiści winogron i przycinanie pędów winorośli. Udała nam się pogoda na taką pracę, wyszło dawno oczekiwane słoneczko.  
Tak byłam zajęta rodzinką, że zaniedbałam focenie. Ale też nie za bardzo było czym się zachwycać. Jedynie róża wdzięczyła się jesienna 
Jakiś wirus u mnie był, przegoniłam go rosołem, mlekiem i syropem z cebuli, cukru i soku z cytryny. Nie wiem czy to było bliskie spotkanie trzeciego stopnia, jaki to był wirus i nie chcę wiedzieć, choć mam pewne podejrzenia. Dlatego na wszelki wypadek zaordynowałam sobie dziesięciodniowe odosobnienie w mieszkaniu, które w zasadzie niczym się nie różni od mojego codziennego, dobrego życia. Wirus musnął mnie leciutko i delikatnie, tak jak co roku o tej porze.