poniedziałek, 6 stycznia 2020

Na skraju Starego i Nowego

30 grudnia 2019 roku
Nie ma to jak spędzić przełom roku na skraju czyli blisko różnych możliwości.
Przyjechałam dopiero wieczorem, po załatwieniu spraw miejskich. Szybko się rozpakowałam, przebrałam chattowo,  rozpaliłam w kominku. Zdążyłam ozdobić izbę i taras. Izbę jak corocznie ale na tarasie stanęła nowa, biała choinka na której powiesiłam lampki i łańcuch. I  i dokładałam do północy, podgrzewając izbę i grzanki i mleko.
31 grudnia 2019 roku
Dla wielu ludzi ten dzień, jak wigilia, zaczyna się po zmroku. Ale nie dla mnie, u Starki każdy dzień jest świętem, lub dniem codziennym, czyli "wsio rawno".
Dzień pochmurny od rana ale lekko plusowe temperatury, resztki śniegu się topią. Nie na taki śnieg czekałam cały grudzień ale cóż, biorę co dają i cieszę się tym. Tyle śniegu wystarczy dla zapachu i smaku ale dla oczu i zdjęć to za mało i za krótko. Tylko siedzisko uroczo pobielone. 


Słoneczko się podnosi leniwie, niebo błękitnieje. I choć w izbie ciepło i przytulnie, miło i świątecznie, pełno kącików do czytania, to czas na wyprawę po okolicy. Jak się okazało nie na długo bo wkrótce niebo poszarzało i zaczął padać deszcz.
Wracam wczesnym południem bo zaczyna sypać śniegiem, mokrym ale białym. Niestety krótko, za krótko by okryć ziemię białą pierzynką.

Zabieram się za kulinarną część Sylwestra. Pracy nie ma dużo bo przywiozłam mnóstwo delikatnych, smażonych mielonych i pojemniczek kapusty wigilijnej, więc tylko obieram i gotuję ziemniaczki. I już obiad gotowy. Jem na tarasie bo chociaż tu chłodno i wietrznie, to też dziwnie magicznie. 
Wiatr się zmaga coraz bardziej, zabezpieczam na tarasie to co fruwa, przesuwa się, trzeszczy, zgrzyta, stuka .... Zapalam lampki na tarasie, na choince i wracam do izby bo tu ciepło i zacisznie. 
Do północy sporo czasu więc z biblioteczki wyciągam książkę "Mała, wielka podróż".  I czytam i biegnę i idę dookoła Ziemi z Różą. 5 lat w drodze, pieszkom, przez tysiące prawie bezludnych krain, przez Syberię i Alaskę, przez Polską i Grenlandię. Tylko z plecakiem a później z wózkiem lub saniami. Cóż więc znaczy moja samotnia przez kilka dni, w ciepłej izbie (jak sobie napalę), w wygodnym zaścielonym kołdrami łóżku, zapasach dwóch koszyków jedzenia. I tylko minus 3 na zewnątrz a nie minus 30 czy nawet - 50, jak u Róży momentami. A od czasu do czasu odkładam książkę i marzę i planuję wyprawę wzdłuż wschodnich rubieży, wzdłuż przygranicza. Marzę o pieszej wędrówce z plecakiem lub wózkiem ale planuję wyprawę Kaczorkiem, póki jeszcze dycha. Trzeba sprawdzić ile to kilometrów, wybrać termin (chyba wrzesień bo już upały mniejsze), ekwipunek, zapas lekarstw i forsy, suwenirów ..... Przydałby się internet mobilny by relacjonować rodzinie i znajomym wrażenia z wyprawy Starszej ale szałaputnej Pani.
I nagle jakiś ruch na zewnątrz, jakieś grzmoty i błyski. W pierwszej chwili myślę, że to burza ale spoglądam na zegarek. To prawie północ, o mało co przegapiłabym przejście. Szybko się ubieram ciepło, biorę aparat i lampkę szampana i idą nad wodę, bo tam zaczyna się kolorowy, głośny spektakl.
 

 Przed pierwszą wróciłam ale nic a nic nie chciało mi się spać, zanadto byłam rozbawiona. Więc wymościłam sobie drewniany fotel na tarasie, przyniosłam szampana, niestety już nie radzieckiego, szklaneczki, książkę, okulary. Jeszcze gdzieś w oddali pojedyncze petardy zakłócały ciszę ale po pierwszej już znowu zimowa cisza na skraju. W niecałkiem wieczorowym stroju wypiłam dwie szklaneczki, poczytałam jak Róża wędruje przez Syberię, jak spotyka wilki i niedźwiedzie, złych i dobrych ludzi, jak łączy wielodniową samotność z obowiązkami intencyjnymi, jak nocuje w lasach i na poboczach, jak robi jedzenie w namiociku ... Po trzeciej zostawiłam wszystko na tarasie wraz z oświetloną choineczką i wróciłam do ciepłej izby. 

To był dłuuugi i urozmaicony dzień.
1 stycznia 2020 roku
Obudziła mnie Władzia, pierwszy gość w Nowym 2020 roku. Na polu szaro i mokro, wypiłyśmy resztę szampana i herbatkę zbójnicką, zakąszając pierniczkami. Zdjęć z pierwszego dnia Nowego roku mam niewiele, bo aparat mi się rozładował. Zresztą połowa zdjęć z wczoraj to właściwie noworoczne bo już po północy. Jeśli prawdą jest to, co powiadają, że jaki pierwszy dzień roku taki cały rok to prognozy na 2020 są dobre. Długie spanie w ciepłym łóżku, życzliwe odwiedziny nie za wcześnie, pełna spiżarnia, ".... roboty nie za wiele, ot by przeleciał czas", kilka radosnych rzeczy do zrobienia ale bez napinki.
Mielone już mi się znudziły, częścią obdarowałam gościa, resztę zmroziłam więc właściwie całe popołudnie robiłam żeberka w kapuście. Zamarynowanie żeberka pokrojone na paski przesmażyłam na patelni, dodałam sporo pokrojonej cebuli, potem skrojonego pora i razem smażyłam pod nieszczelną pokrywką (większa mi się nie mieściła na płytce grzewczej piecyka, bo obok gotowałam słodką kapustę ze startą marchewką, pietruszką, selerem, solą, pieprzem i kminkiem). Potem połączyłam w garnku oba smakowite półprodukty i jeszcze długo podgrzewałam na piecyku podjadając co i raz dla sprawdzenia smaku. Do piecyka podkładam dla ogrzania izby więc smaży, gotuje, dusi się za darmo. I szybko wieczór i ciąg dalszy z Różą przez Alaskę, Kanadę, USA, Grenlandię, Islandię do Walii w Wielkiej Brytanii.

2 stycznia 2020 roku
To dzień szczodraków. Kupiłam dwa szampany, wzięłam podarki i z Władzią idziemy do Ani i Drugiej Władzi, z życzeniami " Na zdrowie, na szczęście na ten Nowy Rok". Kawka, herbatka, szampan, słodkie, pogaduchy i pogwarki, zwiedzanie obejścia i budowy i już prawie zmierzch gdy wracam do wyziębionej chatty. Zanim rozpaliłam, zanim podgrzałam, zanim zjadłam i pozmywałam już ciemno ale niebo rozgwieżdżone i księżyc cudny. Oczywiście mnie zdjęcia księżyca nie wychodzą, w ogóle nocne słabo bo tu trzeba pewnej ręki albo statywu.  Rękę mam niepewną a statyw schowany w szafie. Ale oczy widziały a serce czuło magię i moc księżycową.

3 stycznia 2020 roku
O piątej rano odkrywam brak telefonu i już po spaniu. Zapalam wszystkie światła i szukam go. Nie ma w miejscach oczywistych i prawdopodobnych. Biorę latarkę i szukam pod stolikiem, fotelem, łóżkiem, tapczanem, szafkami. Mógł tam spaść ale go nie ma. Szukam w izbie, sieni, łazience, w gospodarczym i gościnnym. O siódmej daję za wygraną, w chatcie go nie ma. Muszę przejść wczorajszą trasą, może u kogoś zostawiłam ale na to jest jeszcze za wcześnie. Spać się nie da, wyciągam z biblioteczki stareńki kryminał wydany w 1963 roku. Te stare kryminały mają wdzięk i czar,  zawiłą intrygę i napięcie, morderstwa są eleganckie, winni sympatyczni, policja grzeczna .... I chociaż go już czytałam i to nie raz, czas mi szybko i przyjemnie mija. A i dzień łaskawy, błękitne niebo, mrozik minus siedem. Ubieram się ciepło i po 9 tej wychodzę powtarzając wczorajszą trasę. Po drodze dumam, jaki ten telefon stał się niezbędny i że to nie dobrze ale to se ne wrati i nie ma co się bić z koniem. U Ani go nie ma chociaż tam go ładowałam i to moje ostatnie z nim wspomnienie. W sklepie go nie ma i gdy Kazia dzwoni, on nie odpowiada. U Władzi i Stasia też go nie ma ale Władzia pamięta, że wczoraj, przed wyjściem, sprawdzałam i był. Obchodzę jeszcze trasę patrząc dokładnie pod nogi i nic. W izbie słonecznie ale chłodno, robię lekkie śniadanie czyli jajecznicę z jaj od Władzi a właściwie to od szczęśliwych kur. Ale nie mam apetytu, troszkę skubnęłam, popiłam ciepłym mlekiem i zaczynam szukać metodycznie. Odsuwam łóżko, tapczan, fotel, stolik. Wyciągam odkurzacz i sięgam nim aż do ścian i w kąty. I nic. Wychodzę na taras i przeszukuję go chociaż od wczoraj tam nie siedziałam. Przeszukałam już wszystko i wszędzie. Mam dość, rezygnuję z szukania.
Ostatnia szansa a potem kupuję nowy. To przecież nie tragedia tylko niewygoda. Biorę w dłoń figurkę Św. Antoniego i proszę go o pomoc. Nawet obiecuję mu, że zrezygnuję z jednej przyjemności. Proszę i rozgrzewam figurkę w dłoniach, z trudem powstrzymuje się od omiatania wzrokiem pomieszczeń. Bo trzeba zawierzyć i zaufać. Wychodzę na taras, pod niebem łatwiej prośbie dostać się gdzie trzeba. I dopiero wtedy, patrząc na leżącą piłę przypominam sobie, że wczoraj, wracając przez las, zobaczyłam suchą gałąź brzozy, przyniosłam ją i pocięłam na 30 cm odcinki. Więc z figurką świętego w dłoni idę do lasu, właściwie bez nadziei na znalezienia maleńkiego telefonu w chaszczach i krzakach. Ale przypominam sobie, jak kiedyś  znalazłam klucze które dałam córeńce do zabawy na kocyku na leśnej polanie i znalazłam okulary Krystyny w dużo większym lesie i jak znalazłam aparat fotograficzny w trawie nad zalewem. Wraca mi wiara i .... znajduję go zawieszonego na smyczy, nisko na gałęzi. Jest zimny i nieobecny ale suchy. Trzymam go w dłoniach razem z figurką, ogrzewam w kieszeni polara. W izbie ledwo się powstrzymuję by go natychmiast ożywić, wytrzymuję z kwadrans i hosanna !!! Ożywa.  Zapalam świecę i lampki dla św. Antoniego.
Reszta dnia radosna i zadziwiona. Na bazie wywaru z jarzyn i żeberek gotuję zupę jarzynową. Jem ją na obiad i na kolację i zostaje jeszcze pół garnka.

4 stycznia 2020 roku
Jestem tu już pięć dni i wcale nie chce mi się wyjeżdżać. Dni tu urozmaicone, słoneczne i mroźne, chmurne i szare, deszczowe i mgliste. I tak blisko Natury.
Ale miasteczko też kusi i nęci, internet czyli kontakt ze światem, wszędzie niechłodno, kąpiel w wannie, wc komfortowe, woda z kranu .....
Czas wracać. Już nie palę w piecyku, nie chcę zostawiać gorącego. Za to rozświetlam ten kąt małymi światełkami, jest to też podziękowanie dla Św Antoniego. Jeszcze tylko pozmywać, odkurzyć, wyrzucić popiół, popakować, pozamykać okiennice, wyłączyć prąd, obiec chattę, pochować bambetle ..... i już południe.
Maro włączył mi w Święta grudniowe datownik, bo już pamięć nie ta i potrzebuję podpowiedzi.