motyle

środa, 26 lutego 2014

Szkody po zimie


Miły sąsiad powiada, że szkody po zimie muszą być, to normalne. Ja też mam na to mentalną zgodę ale tylko wtedy, gdy szkody naturalne a nie społeczne? ludzkie? zawinione? kryminalne? Bo między 5 a 20 lutego, ktoś wykręcił mi, z chatty ogrodzonej siatką, dwa zawory kulkowe czerpalne z rączką i dławikiem. Duperela ale ktoś przyszedł ze stosownym kluczem bo nie da się tego wykręcić ręką. Wziął dwa żeliwne a zostawił jeden plastikowy. Śmiać się czy płakać? Ktoś przełazi przez siatkę lub bramę, wchodzi jak do sklepu i kradnie to co mu potrzebne. Potrzebował więcej bo okradł jeszcze conajmniej dwa domki, kogo jeszcze, okaże się gdy zaczną przyjeżdżać właściciele. Więc nie mogę odkręcić wody bieżącej i jest to problem, bo planowałam tygodniowy pobyt. Na szczęście Tarlaka rozmarzła, ale to jednak nie to samo. I dziwne to, że nie wziął sztychówki i grabek opartych o poręcz, umywalki na metalowym stelażu, fotela i kanapy z tarasu, drewna, wiader... Można by kradzież zgłosić na policję ale ... po niedługim czasie .... umorzone z powodu małej szkodliwości lub z powodu niewykrycia sprawcy.
Dziwne chatkowanie. Prognozy obiecujące słońce i lekkie zachmurzenie. Wyjechałam w przebłyskach słońca, o zachodzie jeszcze smugi kolorowe. Nazajutrz, rano pochmurno i wilgotno, w południe szaro i monotonnie, popołudniu siąpi i mży, wieczorem wilgotno i mglisto. I tak przez cztery dni, bez odchyleń i zmian. Nawet nie chciało mi się zabierać aparatu na spacer. W dzień jednocyfrowe plusowe temperatury a ziemia i zalew nadal zamarznięte. Więc pobyt pod znakiem nicnierobienia, bo ziemia tu jeszcze zimna i zmrożona a w pokoju gospodarczym zimno tak, że wielkie bryły lodu w wiaderkach i bukłakach cały czas nadal zamrożone.

Pół dnia zdobywam trochę drewno do kominka, choć wydaje to się łatwe, bo w co drugim domu stosy przy ścianie. Ale wyszłam do południa i w wielu domach nie ma nikogo a tam gdzie pytam albo mają dla siebie, albo tylko mokre, albo tylko iglaste, albo za długie. Więc w końcu idę do tartaku i tam kupuję dwa worki i skrzynkę, wystarczy na kilka dni. I szukam miejsca na budki lęgowe, bo to chyba już czas.

Ale ile można siedzieć w chatce najmilszej, w izbie ukochanej - w ostatnim dniu czas na długi spacer. I tak jakoś robię pół setki zdjęć, aż do wyczerpania baterii.
Wieczorne spacery są urocze. Ponieważ popołudniu mży i siąpi, wszystko wokół tonie w welonie mgieł. Do tego dymy z kominków opalanych drewnem liściastym więc jeszcze cudny zapach.
Taka u mnie hierarchia wartości tam na skraju. Bo nie mam TV ani internetu, radio tylko przed zaśnięciem coś mruczy. Ale i tu dochodzą wiadomości o euromajdanie, o rewolucji ukraińskiej, o ofiarach, o dymisji rządu i ucieczce  prezydenta. O możliwej secesji, o pomocy lub jej braku, o stanowisku Polski i Europy, Rosji i USA. A już się wydawało, że wojny to gdzieś daleko, Wschód lub Afryka a nie tuż za granicą, niewiele ponad sto km od chatty na skraju. Chciałoby się nie myśleć ..... ale się nie da.

czwartek, 20 lutego 2014

Spacerowo


Moje miasteczko, o cudnej nazwie, może i jest ładne na przedwiośniu ale tylko wtedy kiedy zadzieram wysoko głowę.
Poza tym dla spacerowicza to klęska. Ciepła pogoda w połowie lutego, gdy śnieg już stopniał a trawa się jeszcze nie zazieleniła, obnażyła tę nieprzyjemną cechę Polaków. Nie mówię że wszyscy, może nawet nie większość ale dość by się zniechęcić do spacerów. Chodzi mi o śmieci a dokładnie mówiąc o pety i psie kupy. Co się dziwić, że ludziska nie noszą woreczków, nie schylają się i nie sprzątają po psach jeśli nie potrafią zgasić i schować do kieszeni peta tylko fiuuu, dyskretnie lub nonszalancko na ziemię, na trawnik, na chodnik. A ile razy mi się zdarza w trakcie jazdy, że pet z żarzącym końcem przelatuje mi przed przednią szybą, albo opakowanie z przekąski czy zakąski. Nie jestem przeciw papierosom, jedna z moich przyjaciółek pali ale na spacer zabiera malutki szklany słoiczek i tam wkłada pety a inna wierci czubkiem bucika dołek, wkłada tam peta i starannie zakopuje. A może to ta sama. Wiec da się! Pewnie wiosenne deszcze i letnia bujność traw ukryje te ludzkie niedopatrzenia ale na to trzeba poczekać. Na szczęście im dalej od miasteczka i ludzi, tym mniej śmieci.
Ponieważ nie widzę jeszcze zwiastunów wiosny, na codziennych spacerach brudno i szaro, oglądam zdjęcia z ostatnich spacerów po zimowym lesie, krótkich bo zimno było pieruńsko. Śnieg przykrył wszystkie śmieci. Ale tam pięknie i czysto na początku lutego !!! 
Mimo zimna i jednego czarnego, niczyjego psa, te spacery, jak i cały pobyt w zimowej scenerii chatty na skraju, to nie umartwienie, jak myślą niektórzy. Miałam tam jechać wczoraj ale cosik podziało się z autkiem a już było za późno by się wybierać autobusem. Ale dziś już na pewno, chociaż pogoda niepewna, autkiem lub autobusem.
Tydzień walentynkowy trwa, więc jeszcze motto ostatniego tygodnia: "Na nicnierobienie zawsze znajdzie się usprawiedliwienie". Tym usprawiedliwieniem planowany remont. Bo po co sprzątać jak wiosną będzie demolka?

środa, 19 lutego 2014

"Służba" zdrowia i dwa mosty


Wczoraj jednak ruszyłam tyłek z fotela i pojechałam do miasta wojewódzkiego, załatwić sprawy przed wyjazdem a potem w nagrodę na spacer z przyjaciółką.
Jedną ze spraw było zrobienie mammografii. Banalna sprawa ale .... 4 lata temu. Przed remontem. Wtedy szłam ze skierowaniem do pokoju przy rejestracji, zero czekania, jedna pacjentka, jedna pielęgniarka, 5 do 10 minut w zależności od tego z czego trzeba było się rozebrać, wyniki z opisem po tygodniu. Ale wczoraj, po remoncie "I straszno i smieszno. Wielkie gmaszysko o wielu przybudówkach, labirynt by dojść do recepcji ale pokoiku nie ma. Pytam w recepcji, trzeba się cofnąć dwa zakręty i jedną prostą i wypatrzeć informację. W informacji kolejka, wyciągam papiery by  było szybciej i gdy wreszcie dochodzę do lady dowiaduję się, że trzeba do pokoju 112, wypełnić kartę informacyjną. Na pytanie gdzie ten pokój, nonszalancki gest dłonią w górę skos. Domniemam że 112 to będzie I piętro więc szukam schodów. Jakieś rampy, podjazdy, korytarze, wreszcie wychodzę na górę, wprost na 107. Dobra nasza, dedukcja właściwa. Idę w prawo ale szybko się wycofuję bo numery się zmniejszają. W drugą stronę rosną, rośnie też tłum na korytarzu ale jest nadzieja. Jak się okazuje płonna bo chociaż korytarz kończy się na 120, 112 nie ma. Pytam pacjentów, nie wiedzą, każdy zły i zrezygnowany. Wracam do 107 bo tam widziałam pielęgniarki. Przez ladę pytam tę niezajętą ale bąka, że nie wie. Ciśnienie mi się podnosi, podnoszę głos i pytam kto będzie wiedział. Znowu słyszę, nie wiem. Na odczepnego, jakbym była powietrzem. Jestem wkurzona i spocona mimo porozpinanego płaszcza, albo wyjść albo dopomnieć się o swoje. Więc otwieram drzwi, nagle wszystkie mnie widzą, krzyczą że tu nie wolno, ale ja stoję w drzwiach i pytam gdzie ten tajemny pokój 112. Ta zajęta dotychczas, mówi że przed końcem korytarza w prawo, w dół po schodach, prosto i w prawo. Trochę się dziwię że od 107 do 112 takie korowody, ale wychodzę. Nawet mnie zaciekawia ta zagadka. Idę jak kazała, w prawo, po schodkach, prosto i w prawo. A tam znowu poczekalnia i kilka pokoi. Ale znajduję ten tajemny pokój, nawet jest otwarty, nikogo przed drzwiami więc kukam i pytam czy wolno wejść. Jakby radość, i owszem można a nawet trzeba. Trzy panie zagadane przed monitorem. Podaję jednej papiery, zaprasza na krzesło, zdejmuję płaszcz, pani mówi że nie trzeba ale ja że muszę. Wyciąga czterostronicowy arkusz i pyta o to, co podaję przy każdej mammografii, od 20 lat.  Zapisuje długopisem w rubrykach,  a dwie nadal siedzą przy monitorze. Rozglądam się wreszcie, z boku jeszcze jeden pokój z parawanem i łóżkiem, niedostępny z poczekalni a za nim jeszcze jedne drzwi. Arkusz wypełniony i pani mówi, że teraz mam wrócić do tej pierwszej informacji bo tam obok robią mammografię. Z tego wszystkiego zachciało mi się siusiu a ponieważ po drodze zauważyłam dwoje drzwi z oznaczeniem WC, idę do pierwszych. Zamknięte. Nic to, idę do drugich. Zamknięte. Teraz już troszkę uszarpuję się z klamką, bez rezultatu. Wracam do 112 i pytam o przyczynę. Słyszę: nie wiem. I po cóż ja się dziwię, to jakaś mantra przychodni po rozbudowie. Pani mnie obsługująca czyli wypełniająca formularz mówi, że może mi udostępnić kibel służbowy. Idzie po klucz, otwiera i siada przy drzwiach, na szczęście od zewnątrz. Szybko załatwiam drobną sprawę, chociaż korci mnie by odpocząć a może i się zdrzemnąć na sedesie. Tak na złość! A niech tam, będę ta lepsza i szybko wychodzę. Wracam już bez przeszkód, do tyłu i nazad, sama mogłabym być informatorem. Ale w informacji nikogo nie ma. Teraz już nie czekam, nabuzowana złością wchodzę do pokoju obok. Tam luz blues i bąbelki. Pani każe siadać, niespiesznie ogląda papierki, coś tam jeszcze uzupełnia, adres, pesel i inne ważne, uruchamia maszynę, robi cztery foty, każdą przeciąga przez czytnik, wklepuje mnóstwo liter i cyfr na klawiaturze, całkiem spokojnie się ubieram bo mam wrażenie że jestem pierwszą a może i ostatnią pacjentką w tym dniu. Reszta nie przeszła "ścieżki zdrowia". Wyniki za trzy do czterech tygodni. Odwiedziłam 5 pokoi, 6 zaangażowanych pielęgniarek lub rejestratorek, kilka aktualnie niezaangażowanych. Straciłam półtorej godziny. A w TV się dziwią że kobiety nie chodzą na mammografię. Pamiętacie - cztery lata temu jeden pokój, jedna pielęgniarka, najwyżej 10 minut. A może nie wszędzie takie absurdy, tylko na Findera? Za dwa lata przetestuję inną przychodnię. A może się zniechęcę i  nigdzie nie pójdę?
Dobrze że po tych wertepach  i ścieżce zdrowia "służby" zdrowia, umówiłam się z przyjaciółką bo mogłam spuścić parę i obniżyć ciśnienie. Spacer wczesnym popołudniem nad Wisłokiem, ograniczony do dwóch, ale za to najładniejszych mostów. Najpierw most Narutowicza, najnowszy i chyba najpiękniejszy, zwany z oczywistych względów Tęczowym i widoki na niego i z niego.
Jako przerywnik, przedwiosenne zaloty kaczej pary, na Wisłoku, w środku wojewódzkiego miasta. 

A potem most Zamkowy, majestatyczny i szlachetny, widoki na niego i z niego, o zachodzie słońca. 
I powrót do autobusów przez Starówkę, bo stąd rozjeżdżamy się z Przyjaciółką w przeciwne strony, ja na południe a Ona na północ. Już za ciemno na zdjęcia bez statywu więc załączam tylko dwa, z prawie tego samego miejsca, jedno planowane i zamierzone a drugie magiczne i "zepsute".