motyle

środa, 20 lutego 2013

Zimowe odosobnienie



       Lubię czytać o samotnych wyprawach więc i tym razem skusiłam się na „Prawdziwą odwagę” Jessiki Watson. To relacja z samotnego rejsu dookoła świata bez zawijania do portów. 210 dni od października 2009 do maja 2010. Książka mnie rozczarowała ale, i to dziwne, zainspirowała. Rozczarowała bo to relacja siedemnastolatki płynącej dookoła czterech przylądków w białoróżowym, wypasionym jachcie, wyposażonym we wszystkie cywilizacyjne zdobycze i zabezpieczenia. Ale zainspirowała do zimowego eksperymentu by poczuć tę atmosferę samowystarczalności, w niepodobnych warunkach ale przez osobę starszą o dwa pokolenia. 
       W poniedziałek 11 lutego poszłam na ostatnie, delikatne, niezbędne zakupy. Pieczywo, jajka, mleko, śmietana, masło, kurczak, żeberka, jabłka, jarzyny -  razem 50 zł. No i w domu mam takie oczywiste produkty jak różne mąki, kasze i ryże, cukier i miód, przyprawy, grzyby mrożone i suszone, herbatę i kawę, olej i oliwę i takie tam inne swoje przetwory. A także pełne szuflady zamrażarki w których różne zapomniane delicje i frykasy. Chyba. 
W planie 10 dniowe, boguchwalne odosobnienie, rejs przez zimę w 27 metrowym mieszkaniu w B..... teraz mi przyszło do głowy, że w tym miejscu i w tym terminie to też rodzaj rekolekcji niedomkniętych.
W poprzednim poście przemyciłam emocje z pierwszych dni odosobnienia cytując Filifionkę, teraz trochę więcej o eksperymencie. 
       Na spacery wychodzę w południe lub wieczorem i przemykam szybko przez miasteczko w polne ostępy. By uniknąć pokus biorę ze sobą tylko chusteczki, żadnych pieniędzy, telefonu. Szkoda, że jeszcze nie mam aparatu bo czasem widoki godne uwiecznienia. Codziennie cięższe te spacery bo co nocą nasypie lub napada, w dzień przy plus sześciu zamienia się w mokrą breję ale dobrze, bo to troszenieczkę podobne do zmagań z jachtem i sztormami.
Jak Jessika najpierw zjadam swoje ulubione potrawy ale książki czytam nie tylko ulubione, raczej przypadkowo zgromadzone. Gdybym pisała dziennik pokładowy to bym napisała:
Dzień 5, sobota – skończyło mi się pieczywo i żółty ser na śniadaniowe grzanki a także seler i por. Kurczak zjedzony do ostatniej kosteczki, kończę pomidorową zrobioną na skrzydełkach i kuperku, z lanymi kluseczkami na jednym jajku. Przeczytane: „Malowany welon” – dobra ale na jeden raz i „Lalki w ogniu” – bardzo dobra, do powtórki (i dobrze, bo to moja własna kupiona z wyprzedaży w Weltbildzie). Dziś upiekę chleb słonecznikowy lub ciabatę i zjem ćwiartkę jeszcze ciepłe z masłem. I zanurzam się w helikopterowy świat airpano 360 od Santorini do Tadż Mahal
Dzień 6, niedziela – Krótki spacer bo zadymka i zawieja. Po powrocie ugotowałam zupę kalafiorową z mrożonych warzyw, ostatnim ziemniaczkiem i resztką śmietany. Zaczęłam „Ewangelię Judasza” i będę ją smakowała bo pięknie napisana i przetłumaczona. Na wczesną kolację miał być chleb z domowym powidłem, bardzo starym, kilkuletnim więc z trudem otworzyłam słoiczek, powąchałam i zanurzyłam łyżeczkę by spróbować. I nagle łyżeczka zazgrzytała o szklane dno - zjadłam calusieńką zawartość wcale dużego słoika. Dopisane po północy: A tam smakowanie, połknęłam jednym haustem i powidło i książ ale wrócę do niej bo chociaż intryga oklepana i przewidywalna, są tam zdania które aż się proszą do mojego folderu cytatów. Na późną kolację był sam chleb słonecznikowy i serwatka.
Dzień 7, poniedziałek – dziś poszłam na dłuuuugi spacer chociaż pogoda niezachęcająca i jakby sztormowa, bo wczoraj się zaniedbałam spacerowo. Widoki może niezachwycające ale klimaty poruszające, łąki zasypane na biało i przestrzenie po horyzont. Zaczęłam „Poznam sympatycznego Boga” no, no, w sam raz na czas rekolekcyjnych refleksji. „Czy odnalazłeś już swojego Boga?” – to pytanie na drugiej stronie tekstu. A na szóstej: „ ….podkreślam, zakreślam, zaznaczam na kolorowo oraz zaginam rogi kartek.” Ten Eric to moja bratnia dusza!!! Na obiad ryba z rusztu i ryż z wody a potem do wieczora uzupełniam folder cytatów i oglądam on line białowieskie żubry.
Dzień 8, wtorek - Obudził mnie raniusieńko listonosz, który gdzie indziej zawsze dzwoni dwa razy ale u mnie walił w drzwi wyrywając mnie ze snu i zza drzwi krzyczał bym otworzyła bo będę zadowolona. I skurczybyk miał rację, dostałam spodziewaną i oczekiwaną paczkę książek od Różyczki i ucieszyłam się bardzo. Obmacałam paczkę, zdziwiłam, że miękka, rozpakowałam trzy książki, ucieszyłam się znowu i poszłam do łóżka. Wstałam po 11 tej czyli prawie w południe. Po ‘śniadaniu’ otworzyłam pocztę a tam cytat od Teresy z dalekiej Australii, potencjalnej członkini Klubu Miłośników Muminków i pasuje on do dzisiejszego dnia jak ulał. "...spala wtedy, kiedy miala na to ochote, i budzila sie wtedy, kiedy bylo warto." Dziś sporo czasu przy kuchni, obsmażyłam zamarynowane żeberka i udusiłam z resztą jarzyn i grzybami. Wielki rondel, będzie na dwa, trzy dni z kaszą i makaronem.
Dzień 9, środa – ostatnie jajka na śniadanie, ostatni łyk mleka, ostatnie jabłko. Ale jest mąka na nowy chleb, masło, pomidor, reszta twarożku i cebulka w wodzie już puściła kilkucentymetrowe pędy. I ugotowany obiad. No i zapasy w zamrażalniku prawie nie ruszone. Może przedłużę to odosobnienie albo przeniosę do Brzózki, mam jeszcze tydzień bo 27- tego badania wysiłkowe. Zadzwonię i spytam, na kiedy aparat foto będzie gotowy.
Jak u Jessiki i innych samotnych w świecie i dookoła, na takich odosobnieniach czas spędza się głównie na spaniu, jedzeniu, spacerach (u nich czynnościach jachtowych) i czytaniu. Myśli ulotne i przelotne, chwile zadumy przy sortowaniu zdjęć i porannych widokach z okna. Luz blues i bąbelki!!!
Z moich cytatów  z „Doliny Muminków w listopadzie” ten niedosłowny i sparafrazowany : Dzień dobiegał powoli końca, zbliżał się zmierzch. Mimbla wsunęła się pod puchową kołdrę, wyciągnęła długie nogi, aż kości trzasnęły, i przyłożyła stopy do grzałki. Na dworze padał deszcz. Za godzinę będzie akurat na tyle głodna, żeby zjeść kolację. Na razie nic nie musiała robić, mogła pogrążyć się w otaczające ją ciepło, cały świat był jedną wielką, miękką kołdrą ją okrywającą, wszystko inne pozostawało na zewnątrz.

16 komentarzy:

  1. Jessica Watson jest australijka pochodzenia nowo zelandzkiego, uznana jako najmlodsza ktora oplynela swiat na yachcie. Tutaj w Australii to bylo wielkie poruszenie, kiedy w 2008r. juz chciala wyruszyc jako 15letnia, w koncu wyplynela majac 16lat i 5 miesiecy, wrocila na 3 dni przed 17letnimi urodzinami. Ja sama uwierzyc nie moglam ze takie dziecko, drobna dziewczynka wyrusza w oceany zupelnie sama, kiedy dziewczyny w jej wieku swietnie sie bawia, nawet zabawe maja w szkole. Ale dzisiaj Jessica jest juz ustawiona, w Australii sprzedano ponad 65tys. kopii ksiazki, a jest jeszcze US, Kanada, Niemcy, Chiny, Rosja, Polska, Wlochy, Japonia, Korea i chyba zaczeli juz krecic film, a co robia jej rowiesniczki, podejrzewam ze sporo z nich stoi za kasa w supermarkecie.
    Krystynko ksiazki nie czytalam, bo chyba by mnie nudzila, ale z przyjemnoscia przeczytalam Twoje zapiski, nawet jest o mnie, zeberka uwielbiam, dziaj kupilam, bede gotowac zupe grzybowa. Trzymaj sie dzielnie, Teresa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym miała 50 lat mniej lub Jessika byłaby Polką to pewnie byłabym zachwycona i wyczynem i książką ale ja jestem wychowana na samotnych rejsach z wczesnych lat 70-tych, bez udogodnień, rekordów i ułatwień. Ale rozumiem wszystko, i jako matka i babka też bym się starała zapewnić małolacie to wszystko co najlepsze. Tyle, że już mnie to nie porywa, najwyżej inspiruje. Ale książkę polecam.
      Teresko, ja też żeberka uwielbiam, są u mnie zaraz po rybach a przed drobiem.

      Usuń
  2. Bardzo, bardzo podoba mi się Twoje Krystynko odosobnienie, może dlatego że tak podobne do mojego? Dziennik prowadzisz kapitalnie, a ja czuję się tak jakbym tam, na Twojej Wyspie była.
    Dołączyłam już do klubu Muminków, a teraz dołączam też do klubu sercowców. Jestem po Holterze, echu serca i próbie wysiłkowej, a moja przypadłość to niedomykalność zastawki mirtalnej... ale jeszcze trochę pożyję, podobno :-) Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach Dominiko, tak czułam ale Ty znakomicie to ujęłaś w trzech słowach: Na Mojej Wyspie. Właśnie rozmawiałam z przyjaciółką o W.Szymborskiej i o tym, jakie to niezwykłe uczucie gdy ktoś pięknie i precyzyjnie ujmie w słowa to co Ci w duszy gra. Ty masz tę wrażliwość i dziękuję.
      Ale wcale mnie nie cieszy że rozrasta się nieformalny klub sercowców, bo chociaż z tymi chorobami da się żyć, nawet długo i szczęśliwie, to jednak niosą ograniczenia i lęk jakiś takiś o życie, o którym trudno zapomnieć.
      Życzenia zdrowia i spokoju dla Mamy.

      Usuń
    2. Dziękuję za życzenia, przekażę Mamie. Zastawka mitralna czyli dwudzielna, często robię "czeskie błędy" mirtalna - mitralna. Sama wada nie jest taka zła, ale cały ambaras w jej przyczynie... Miłej lektury :-)

      Usuń
    3. Rzecz nie w błędzie tylko w mojej ciekawości i dociekliwości. Ale ostatnio wszystko co dotyczy chorób serca z wiadomych powodów mnie zaciekawia. Obyśmy tylko zdrowo żyli !!!

      Usuń
  3. Jeszcze raz Teresa, bo nie wyrazilam swojego zadowolenia z Klubu Milosnikow Muminkow, wiec robie to teraz, jestem w polowie "D.M. w listopadzie" czytam jednoczesnie australijska klasyke, prawdziwa historie lata 1837 do 1887, dobrze sie czyta. Nie wiedzialam ze jest klub sercowcow, bo ja tez tak jak Dominika, mam niedomykalnosc zastawki mirtalnej. Wracam na chwile do Muminkow, bo rozdzial 13 na poczatku ma tak ladnie o kuchni "Kuchnia stala sie rzeczywiscie kuchnia, bezpiecznym miejscem, gdzie roztacza sie opieke nad wszystkim, tajemniczym sercem domu, jego najglebszym wnetrzem, gdzie nic nie grozi."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też czasem czytam kilka książek jednocześnie a właściwie podczytuję, aż mnie jedna wciągnie aż do końca (i do rana często). Rozdziała 13 to już sporo za połową i ten fragment mam oczywiście w cytatach i też to co przed: "(Ryba)Kryła się w wielkiej, dymiącej, przyrumienionej zapiekance. W całej kuchni pachniało jedzeniem, kojąco i przekonywająco".
      Witam w klubie, nie wiem czy są takie, to takie u nas powiedzenie. Zaciekawiłyście mnie tą zastawką mirtalną bo pięknie brzmi i popędziłam poczytać ale mi wyskakuje tylko mitralna. Czy to ta sama? Bo też brzmi pięknie. Mirt czy mitra? Zdrowia życzę Teresko i dobrego życia.

      Usuń
    2. Krystynko, mam diagnoze po angielsku i tutaj jak mowie czy pisze o chorym sercu to po angielsku, no ale do Ciebie musialam po polsku, wiec skopiowalam (sciagnelam) od Dominiki, zawsze bylam dobra w sciaganiu... Dobrze ze nie zrobilam tej zastawki militarna. Teresa

      Usuń
    3. Teresko, humor Cię nie opuszcza i bardzo się z tego cieszę. A ze ściąganiem tak już jest, zawsze istnieje ryzyko, że powtórzymy nieumyślny błąd i sprawa się rypnie. Na szczęście My traktujemy to z humorem i niech tak zostanie. Radości życzę w nasze zimowe, śnieżne popołudnie!

      Usuń
  4. A ja zamiast komentarza zaśpiewam Ci"... jesteś szalona..." ;-) Lolu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szalona bym była, gdybym tego nie zrobiła Różyczko. Albo gdybym zainspirowana książką popłynęła na Wyspę. A ja bezpiecznie i spokojnie eksperymentowałam w domu. I tam odnalazłam swoje wyspy szczęśliwe czyli codziennie jeden spacer, jedna książka i bardzo dużo czasu na nicnierobienie.

      Usuń
  5. Mój dzien wyglada podobnie, a zamiast spacerów "obskakuję" moje zwierzaki, co zajmuje sporo czasu. Zimowe odosobnienie jest u mnie od kilku dni zupełnie dosłowne : byłam i jestem odcięta od świata z powodu śliskich dróg, śniegu i deszczu. Nie narzekam, zapasów tez mam mnóstwo i mnóstwo książek ale już naprawdę ucieszę z lepszej aury i chociaż krótkiego wypadu do miasteczka. Krystynko, życzę zdrowia i jednak mniej tych żeberek, a więcej np. brokułów. ( Hi, hi, łatwo mi radzić, bo akurat żeberek mogę wyrzec się bez żalu, choc wiem, że są pyszne). Uściski !
    Ania z Siedliska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem Aniu i dlatego zaglądam do Ciebie i do Twoich starszych postów.
      By Cię nie zmartwić zdradzę, że żeberek było tylko nieco ponad pół kilo a jarzyn dużo więcej i brokuł też tam był. I jadłam to trzy dni. Pozdrawiam i słoneczka życzę.

      Usuń
  6. Jakże mi wspaniale wychodzą "rejsy chatkowe", zjadam wszystko do ostatniego okruszka, byle tylko nie zawijać do żadnego portu ... lub jak najpóźniej; ale to tylko wtedy, kiedy jestem sama; dobrego "wysiłkowania" życzę, pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam Twoje samotne rejsy Mario bo takie podobne do moich ale podziwiam też rodzinne bo takie do moich niepodobne. Sama nie wiem które bardziej. A Twoje kuchenne rewelacje to mistrzostwo, jednocześnie proste i wyrafinowane.

      Usuń