motyle

wtorek, 16 kwietnia 2013

PO AWARII



Dzień 3 – 12 kwietnia (piątek)

       Dzięki Ci Boże za drobne radości. Dziś już nie kapie z sufitu, powoli mokre wysycha, szafki już się otwierają, drewniane się prostuje. Ale jest też łyżka dziegciu w tej słodyczy. Niebo monotonnie jasnoszare, ani odrobiny błękitu ani promyczka słońca i takie też moje dopołudniowe samopoczucie, no bo co to będzie jak zacznie padać? I druga łyżka - ostatniej i przedostatniej nocy nie przeszkadzało mi, że spałam w barłogu, gdzie oprócz mnie leżą ocalałe i suche kartony, czajnik, radio, tacki, deseczki, parasol, dwa śpiwory, poduchy - bo albo nie spałam zbierając skapującą wodę albo po emocjach spałam głęboko, jak już dawno mi się nie zdarzyło w bezpiecznym mieszkaniu. Teraz, gdy wszystko schnie przy otwartych oknach, nachodzi mnie myśl i chętka by zacząć ogarniać ten bardak. Ale zanim chętka rozwinie się w czyn, monotonne niebo i ogrom przedsięwzięć usypia i spycha gdzieś w głąb ten mentalny zryw. Zostaje mi go tyle, by jednak zdjąć z łóżka kartony, tacki, deseczki, czajnik, radio czyli te najbardziej twarde a reszta miękkich zostaje, bo nie ma ich gdzie położyć. Resztki wstydu, żem taka leniwa, wyganiają mnie z chatty i wreszcie, po trzech dniach, rozpakowuję samochód czyli roślinki wybujałe na miejskim parapecie, sadzonki herbacianej róży i jeżyny bezkońcowej, kłącza, cebulki – ustawiam je w rzędzie i zastanawiam się od której zacząć a właściwie zastanawiam się nad miejscem dla każdej piękności. Mam dobre miejsce dla żółtej liatry kłosowej więc wybieram ją z rządka jako pierwszą i wtedy kap, kap – tym razem z nieba. Porzucam liatrę i wbiegam do wewnątrz, bo przecież, na miłość Boską, dopiero przestało kap, kap w chatcie. Miotam się bo trzeba zbierać z tarasu porozwieszane dywanki i chodnisie a jednocześnie obserwować sufit w kuchni, jadalni i łazience czy nie wraca kap, kap i ciur, ciur. Cała radość poranka poszła w drebiezgi, bo do deszczu dołącza wiatr w porywach, dach puka i trzeszczy. Na szczęście dzwoni jeden z fachowców, że przyjedzie jutro nie dziś i to jakoś dziwnie mnie cieszy, bo to znaczy, że nie muszę jeszcze podejmować żadnych decyzji. Pada coraz bardziej, na razie nie przecieka mocniej ale gdy przysiadam na chwilę nagle coś bum, bum i huk. Wypadam w piżamce na zewnątrz i widzę, że z tarasu pozwiewało dywaniki, pojemniki, deseczki, folię i pandekę. Gdy zbieram w błocie wilgotne rzeczy znowu łup, łup, dum – to zwaliła się drabina z której wczoraj prowadzone były obserwacje dachu. Wkurzam się, zostawiam wszystko jak leży, bo coraz bardziej przemaka mi piżamka a to jedna z niewielu suchych rzeczy jakie posiadam. Wracam do środka, przebieram się, piżamka na kaloryfer, deszcz nadal pada ale, hosanna, sufit nie przecieka. Robię sobie gorącą kawkę z kieliszkiem jakiejś zachomikowanej wódeczki i piszę notatki. Na chwilę jeszcze huk wywabia mnie z chatty, ale to tylko zsunęły się wiadra i miednice z siedziska a gdy wracam piszę : „uśpił mnie w bibliotece”. Jeszcze raz czytam koniec zdania: „odkryję tajemnicę, czemu ten szemrany dach uśpił mnie w bibliotece”. Ki czort! Ale najważniejsze, że jaka to nie byłaby tajemnica, deszcz nadal pada a dach nadal nie przecieka. Się przeciera, przestaje padać, wychodzę na taras i widzę, że ten deszcz spłukał prawie wszelki śnieg z najbliższej okolicy. I cieszę się, że chociaż dach trzeba naprawić lub wymienić, to nie jest to sprawa natychmiastowa, priorytetowa, pierwszoplanowa, może poczekać na dobra pogodę, na mnie i na dobrego fachmana. I znowu zaczyna padać, w chatcie coraz bardziej wilgotno od padającego deszczu i suszących się rzeczy. Zamykam jedno okno, drugie zostawiam uchylone, uruchamiam farelkę i podkręcam kaloryferek. Coraz cieplej, rozkoszniej, senniej,,, dach blaszany ma swoje plusy, daje niesamowite złudzenie bezpośredniego obcowania z naturą, puk, puk jak w namiocie a nie trzeba się pilnować by głową dotknąć płótna namiotu ... przysypiam, usypiam, drzemię… budzi mnie głód. Mam resztę wczorajszego gulaszu, gotuję makaron, łączę z gulaszem, dodaję uskubanych z grządek listków szałwii, rozmarynu, oregano, tymianku czyli to co zebrałam wczoraj z jeszcze zaśnieżonych grządek. Pod pokrywką potrawka pyrka (czyli pppp) a ja delektuję się czekaniem, czytając „Dzienniki kołymskie” Hugo-Bandera. Całkiem spokojnie czekam, bo prace na zewnątrz zatrzymane przez dupną pogodę, pada coraz mocniej i coraz bardziej tajemnicza tajemnica dachu, bo chociaż na zewnątrz od czterech godzin pada, to w chatcie nic a nic przecieki się nie zwiększają. Moja leniwa część duszy i ciała uwielbia taka pogodę bo to usprawiedliwia jej wrodzoną skłonność do nicnierobienia. Dziś dzień stracony do prac ogrodniczych, ale zyskany do przemyśleń, zapisków, podczytywań, półdrzemek. O zmierzchu większość sąsiadów wyjeżdża, przepędzeni deszczem bez końca a ja zostaję. W nocy budzę się kilkakrotnie by sprawdzić, czy w kuchni i łazience nie kapie na nowo. Nie kapie.



Dzień 4 – 13 kwietnia (sobota)

      Bardzo grząsko i mokro na działce i w okolicy ale trzeba już koniecznie posadzić przywiezione, pędzone na parapecie wilce, groszki, kocanki, liatry ale też różę i jeżynę. Obchodzę działkę kilka razy by znaleźć optymalne dla nich miejsce i dwa razy podjeżdżam na błocie, raz na oba kolana a raz na pupę. Trud się opłacił, bo jak wreszcie, w samo południe, siadłam na tarasie przy herbatce, to po przemyśleniu tylko 3 siewki powojnika wymagały przesadzenia, reszta doskonale przemyślana, wsadzona i bezbłędna. Niebo się chmurzy i dobrze, teraz tylko zrobić obiad. Ziemniaczki się gotują, mięsko poddusza gdy przychodzi sąsiad do lub od wody (bo w chatcie, gdy na zimę spuszcza się ze wszystkich rur, rurek, wężyków, wodę do ostatniej kropelki, otwierając wszystkie zawory a potem jeszcze zalewa się co się da zimowym płynem do aut – ten proces w odwrotnym kierunku i ze skupieniem, sprawdzaniem czy jednak gdzieś nie strzeliła uszczelka, wymaga znajomości kolejności włączania, delikatności, fachowości. No i jeszcze posiadania stosownych, uniwersalnych kluczy.) Po godzince wszystko gra, a po drugiej jest ciepła woda i to już tutaj rozpusta i dekadencja. Obiad zjadam już letni, drugi fachman się spóźnia, znowu się rozpadało – czas na drzemkę. Ja śpię a dookoła wszystko rośnie. Po drzemce ogarniam trochę salon i kuchnię, składam wilgotne gazety z podłóg, jeszcze trochę wilgoci pod łóżkiem, fotelem, szafkami i w zakamarkach ale jutro już muszę wrócić, mam nadzieję, że przez kilka dni grzyb mi nie urośnie. Fachman przyjechał późno,miał mało czasu, przyjedzie w czwartek na dłużej. Czy to profesjonalnie? 


Dzień 5 – 14 kwietnia (niedziela)
  Coraz piękniej, wiosenniej, kolorowiej. Szkoda, że jeszcze nie u mnie. Wracam do miasta na kilka dni, sprawy cywilizacyjne wzywają ale w czwartek znowu wyjeżdżam wietrzyć, suszyć, planować i może troszkę się nacieszać.




14 komentarzy:

  1. Uj, to Ci się narobiło. Ta zima sporo szkód narobiła. To trzymam kciuki, wspieram Cię duchowo, a wiosna i fachowcy niech robią swoje. :))) Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święta racja Magdalenko, niech każdy robi swoje, byle nie zima.

      Usuń
  2. A wiesz, co, Krystyno, mam wrażenie, że w rurach spustowych porobiły się czopy lodowe, śnieg + woda, a w nocy mrozy, i zatrzymały całą, ściekającą wodę z roztopów, bo, jak piszesz, padał potem deszcz i nic się nie działo; tak, że po ocenie mistrza dachowego może okazać się, że nie taki diabeł straszny; a w czwartek będzie już prawie letnio, zmartwienia zmaleją do kropki, i przywieziesz nam do pokazania swoją wiosnę, czego życzę z całego serca; pozdrowienia ślę serdeczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Deformacje dachu sugerują, że to jednak poważna awaria a fachman mówi, że dopiero po zdjęciu blachy ukaże się stan faktyczny. W czwartek mam wizytę drugiego, zobaczymy czy potwierdzi diagnozę. Zmartwienia do kropki zmaleją dopiero po naprawie i mam nadzieję, że nie wywali gdzie indziej, bo wiesz Mario, w starej, czterdziestoletniej daczy wszystko jest możliwe. Jak i w starym samochodzie. Tak i w starym człowieku. Ale tym sie będę martwiła po a nie przed. Dziękuję za wiarę i za życzenia

      Usuń
  3. Bardzo ciekawie wszystko opisujesz, widzisz o to chodzi lubisz pisac, dobrze piszesz, w przeciwienstwie do mnie. Krystynko, przepiekne miejsce ten mostek, strumyk i las, czy to blisko od Twojego domku? Teresa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, lubię czytać i pisać.
      Teresko, te cudne miejsca są tuż za płotem, w zasięgu wzroku, do strumyka mam 10 m i często nabieram stąd wody, jest miękka, jedwabista chociaż zabarwiona na rudo od tlenków żelaza ale bardzo czysta chemicznie i bakteriologicznie. Do lasu też 10 m od południa i 30 m od północy. Mostek jest w miejscu, gdzie strumyk rozlewa się w wielki zalew, to też jakieś 30 m od chatty. Wszystko bliziuśko, w zasięgu wzroku

      Usuń
    2. Krystynko to jest cudowne miejsce, jak masz tak blisko las, polski las, uwielbiam zapach lasu, szukanie grzybow to jest raj na ziemi. To jest cos czego mi tutaj brakowalo, teraz ze wzgledu na moja fizyczna kondycje jest to juz nie wazne. Polski las jest najpiekniejszy na swiecie i ten strumyk...to naprawde wynagradza klopot z dachem. Teresa

      Usuń
    3. Wiem Tereso, jestem szczęściarą, że znalazłam skrawek swojego raju, znajomi mówią, że to sanatorium i ja też tak czuję. Za godzinę tam wyjeżdżam, będę do poniedziałku, mam nadzieję, że następny post będzie już tylko radosny i kolorowy. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Tak jest, dachy to zagadka, wiem coś o tym. A pogoda deszczowa usprawiedliwia brak czynności poza domem, czyli nie usprawiedliwia mej niechęci do sprzątania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze Cesiu można usprawiedliwić niechęć do sprzątania, ja użyłam tego argumentu bo był pod ręką. Można nie sprzątać bo boli paluszek i główka - to dobra wymówka. Można bo jeszcze nie jest tak naprawdę brudno, bo przecież jest przed malowaniem (zawsze jest przed malowaniem), za zimno na dworze, lub za gorąco, żeby mieć więcej czasu na rzeczy naprawdę ważne, by nie usłyszeć: Ty pedantko, bo bałagan to sposób na życie, bo lubi się swój bajzel ...... no i dlatego, że mi się nie chce - to najmocniejszy argument.

      Usuń
  5. Wyjaśniło się, że na dachu blacha, rzeczywiście pod nią kryje się zagdaka tej powodzi w chatcie. Deszcz nie był intensywny więc spływał sobie płynnie po dachu, a przedtem lód i śnieg stopniały gwałtownie, naraz...? może tak było a może nie, trzeba poczekać na wyjaśnienia fachowców.
    Okolica piękna, ten mostek zawsze mnie urzeka :--) w chattcie też niebawem będzie jak dawniej. Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To takie prostokąty blachy zakładane na rant i jak to kawałki, po 30 latach rozszczelniły się i mimo konserwacji puszczają. A puszczając wodę moczą krokwie, te gniją i co i raz któraś się łamie. Tak mi wytłumaczono na zdrowy, chłopski rozum. Dach cały raczej do wymiany, trudno, wiedziałam że to mnie kiedyś czeka, chociaż nie myślałam, że już. Okolica cudna wszystko wynagradza a woda! cóż, to niezbędny składnik mojego raju

      Usuń
  6. Czeka Cię zatem inwestycja nieplanowana ale okazuje się, że niezbędna. Posiadaczy nieruchomości niestety często spotykają takie niespodzianki, ale będzie dobrze, w końcu RAJ zobowiązuje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście Dominiko, swój skrawek raju to rzadziej kłopoty a częściej radości. Ale tak to już bywa, że niemiłe niespodzianki wzbudzają większe i głębsze negatywne emocje niż łagodna, codzienna radość

      Usuń