środa, 14 grudnia 2016

Idą Święta :-(

Zaczynam ględzić jak Stara Baba, że dawniej to były Święta! Pachniały i smakowały pomarańczami, cytryną, rodzynkami, orzechami, suszem, grzybami, kapustą i karpiem. Całe Święta, nie tylko Wigilia. Same łakocie, których nie jadło się na codzień ani nawet w niedziele. I zawsze, obowiązkowo, Święta były białe, śnieżne, mroźne i skrzypiało pod butami jak się szło na pasterkę. A jak teraz zatęsknić za pomarańczą i rodzynkami jak przez cały rok cytrusy najrozmaitsze i bakalie najróżniste wysypują się z półek marketów? Jak docenić urok ozdób robionych własnoręcznie, wieszanych na pachnących gałązkach, orzechów w złotkach zbieranych cały rok, czerwonych jabłuszek wieszanych tuż przy pniu, kaskady anielskich włosów - gdy w każdej witrynie choinki w złocie i srebrze, w kokardach i biżuterii, w światełkach i brokacie. Wiem, to se ne wrati ale .... żal. Ciekawe za czym będą na starość tęsknić moje wnuki i jaka będzie wtedy rzeczywistość?

Naszło mnie jakieś chwilowe obrzydzenie do hipokryzji tej całej otoczki około-świątecznej, do tej tandety, blichtru, sztucznego i nachalnego entuzjazmu, komercji i konsumpcji, do tego nakazu bycia szczęśliwym i zadowolonym nawet ze sprzątania, pucowania, gotowania, pieczenia.... I do miłowania, świętowania, obdarowywania .... gdy wokół smutna starość, choroby, niedostatek, porażki ...
I ta presja: nikt nie powinien być samotny w Wigilię, żadnych smutków i lęków, łzy tylko ze wzruszenia i radości, wokół tylko miłość... Dzień dobroci dla biednych i opuszczonych załatwiony dodatkowym talerzem lub płatnym sms-em.

Za długie przebywanie w mieszkaniu szkodzi mi na rozum, zmieniłam abonament na większy i zamiast siedmiu programów mam teraz prawie pięćdziesiąt a na każdym w reklamach już Święta na całego. Weź kredyt i kup prezenty, weź pożyczkę i zaszalej, kup kaczkę nadziewaną, wędzoną szynkę, cyfrowy Polsat, smartfon w premii, internet za darmo na pół roku ...
Idzie człowiek po zieloną narzutę za 2 złote a wraca z pościelą, gwiazdą betlejemską, torebkami na prezenty (choć nie ma jeszcze prezentów)... Albo idzie po mleko a wraca z brokatowym sprajem, ozdobnym kalendarzem, kolorowymi kopertami, aromatycznymi świeczkami ...

Daję się wpędzić w poczucie winy, że okna jeszcze nie umyte, zasłonki i firanki nie wyprane, pierniczki nie upieczone, wędliny i mięsa nie zamówione, ryby nie zakupione, prezenty nie wybrane ... 
Muszę, muszę jak najszybciej, może już jutro, jechać do chatty na dzień lub dwa. To znak że wydobrzałam i już mnie nie chronią skutki upadku.

środa, 7 grudnia 2016

Rekonwalescencja

Ponad tydzień bez wychodzenia z mieszkania, trochę nie normalnie (a może wręcz przeciwnie?)
Nie jak normalnie czyli nie idę do sklepu, kupując to na co mam ochotę, gotując z zakupionych produktów wcześniej umyślone jedzonko ale gotuję z tego co mam w szafkach i lodówce. Czyli raczej normalnie bo tak robiono przez tysiące lat i teraz też spora a może nawet większa część ludzkości tak robi, gdy rano wychodzi do ogródka za domem, do stajenki, do pobliskiego gaju czy lasku, zbiera co dorosło przez noc, idzie do spiżarni i z tego komponuje główny posiłek dnia.

Nie jak normalnie czyli dużo czasu spędzam przy oknie, bo też zima rozpieszcza mnie teraz sypiąc śnieżnym pyłem lub białymi płatkami wirującymi w bezwietrzny czas. Cztery okna na dwie strony świata, czasem chwile słoneczne i radosne a czasem ciemnawo już o 14 tej. I nawet filmy oglądam często i seriale jakieś, co może jest normalne ale nie dla mnie bo normalnie to więcej czytam a teraz głowa nieczytata. Niedawno odkładałam książkę dopiero jak ją skończyłam a teraz jeden rozdział i przerwa.

Nie jak normalnie bo oprócz zawartości lodówki i szafek kuchennych odkrywam zapomniane na stryszku półki z przetworami, niektóre niemłode ale wszystkie z XXI wieku. Ileż mam powideł, konfitur, miodów, sałatek, grzybków marynowanych......

Przez trzy dni od upadku codziennie było coraz lepiej, coraz mniej zawrotów, coraz mniej odrętwienia, coraz słabszy ból w miejscu spotkania z ziemią, coraz mniejsze siniaki na dłoni od wewnętrznej strony  (czyżbym się nieświadomie podpierała przy upadku?) Potem przez dwa dni się zatrzymało. Uważnie się obserwuję, nic się nie pogarsza co mnie cieszy ale też nic nie poprawia ale czy to powód do zmartwienia? Może to zanikają skutki zastrzyków i kroplówek podanych w SORze i teraz działają tylko siły natury? A od kilku dni huśtawka, dzień lepszy i już planuję wyjście, załatwianie spraw zaległych a nazajutrz dzień gorszy i zostaję w mieszkaniu, godząc się na małe straty.

Wczoraj, na Mikołaja, zrobiłam sobie prezent i pierwszy raz od tygodnia wyszłam z domu, w biały dzień, przy słonecznej pogodzie. Próbowałam od kilku dni ale pierwszy raz pokonał mnie widok schodków przed klatką, drugi raz doszłam do końca swojego bloku i cofnęłam się nie wiadomo dlaczego, bo było sucho i słonecznie. Za trzecim razem się  udało i byłabym z siebie dumna ale ... bo jest i jakieś ale. Zamiast kilkunastu złotych na potrzebne artykuły, wydałam prawie sto na duperele świąteczne, nie oparłam się urokliwym opakowaniom, około świątecznemu klimatowi. No ale cóż, lekko osłabiona jestem i mniej odporna na nachalny marketing.

Od Oli K, wraz z życzeniami usłyszałam, że od siedemdziesiątki liczy się jak do setki czyli mam 30 lat. Do przeżycia, jeszcze do życia, do honorowego dodatku ... Byle w szczęściu i dobrym zdrowiu, niech będzie do tej setki, bo coś w tym musi być, że zewsząd słychać: Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje (nam?) Chyba, że chodzi o ten honorowy dodatek do emerytury, który obecnie wynosi ponad 3,3 tysiące :-))).
Taki żart siedemdziesięciolatki!

piątek, 2 grudnia 2016

Jeszcze 69

Listopad i grudzień pełen jest w mojej Rodzinie rocznic i okazji do świętowania. Mnóstwo Strzelców i obchodzonych imienin. Ja też się tu załapuję urodzinami, których już nie lubię obchodzić, bo tortów nie lubię a ponadto jaki pomieściłby tyle świeczek! 
Ale oto stało się i kilka dni przed siedemdziesiątką stałam się kobietą upadłą.
A tak oto było, co opowiedziałam już w przychodni, na pogotowiu, kierowcy karetki, lekarzowi na SORze, pani Lekarz tamże, przyjaciółce, córce, siostrze, wnukom a teraz Wam:
Około 17.40 miałam we wtorek mały upadek na oblodzonej ścieżce, na szczęście nic nie złamałam ani zwichnęłam ale pechowo upadłam do tyłu i mocno stłukłam głowę. Ponieważ na moment straciłam świadomość i z tyłu głowy zaczął mi wyrastać wielki guz, zaprowadzono mnie do przychodni ale nie było już lekarzy. Pielęgniarki przykładały mi zimne okłady na guza i uparły się, że musi mnie oglądnąć lekarz bo to może być wstrząśnienie mózgu. Wezwały karetkę i pojechałam na pogotowie. 
Czekałam tam chwilę a jak mi się zrobiło słabo i osunęłam się z krzesła, wzięli mnie bez kolejki (a były wielgaśne i długaśne), wysłuchali, oglądnęli głowę i guza i powiedzieli, że gdyby była rana to by zeszyli a ponieważ skóra nie przecięta nic nie mogą zrobić bo potrzebna mi tomografia komputerowa a oni nie mają. Wezwali następną karetkę na którą czekaliśmy półtorej godziny bo było tyle złamań, upadków, stłuczek, że wyjeżdżali tylko do przypadków zagrożenia życia. Prosiłam o coś przeciw bólowi głowy ale bez diagnozy nie chcieli lub nie mogli, więc tylko okłady, które chłodzili na parapecie bo lodówki nie mają. Wreszcie posadzili mnie na wózku, wsadzili do karetki i zawieźli do szpitala na Szopena. Stamtąd mnie odesłali znowu na pogotowie bo mój przypadek wymaga położenia na łóżku a wszystkie mają zajęte. Czułam się jak paczka, której nikt nie chce odebrać ale i tak wolałam to, niż siedzenie samej w domu z bolącą coraz bardziej głową i pulsującym guzem. Tym razem wysiadł tylko kierowca, ja zostałam w karetce. Wrócił po długiej chwili i powiedział, że jedziemy do szpitala na Lwowskiej i że takie tam kużwy i uje latały do słuchawki, że aż miło było słuchać. 
Na Lwowskiej SOR nowoczesny, duży, ruchliwy i tu się okazało, że nie wymagam łóżka więc siedziałam na wózku dłuuugą chwilę tak, jak zostawił mnie kierowca karetki ale nie było źle bo dookoła mnóstwo służby zdrowia i nawet głowa bolała coraz mniej chociaż pojawiło się odrętwienie tej części z guzem i słabość i zmęczenie. Wreszcie powieźli mnie za zasłonkę, znowu, po raz czwarty opowiedziałam Panu Lekarzowi 'okoliczności upadku' i on orzekł, że jadę na TK. W wielgachnej beczce klaustrofobicznie i osłabiająco, na szczęście nie trwało to długo ale już czekanie na wyniki to inna sprawa. Usłyszałam, że powinny być za około pół godziny więc zadzwoniłam do Przyjaciółki, która mieszka niedaleko, żeby przyszła po mnie za godzinkę i że chciałabym u niej zanocować dziś. A była już 21.30, cztery godziny od upadku. Przyjechała szybko ale czekała godzinę w kolejce z chorymi. Nic to, bo chociaż wyniki już były, nie było chirurga który mógłby wyniki zinterpretować. Głowa, chociaż drętwiała coraz bardziej, bolała też coraz bardziej i coraz bardziej było mi gorąco i słabo ale znowu nie wolno nic podać bo czekamy na wyniki. Zmierzono mi ciśnienie, 220/100 i dano captopril pod język czyli to co sama noszę w torebce.  
Dopiero około 23 przekazano mnie Pani Lekarce i wreszcie pozwolono położyć się na łóżku. Wkłuto wenflon, pobrano krew, zrobiono ekg i znowu kazano czekać. I przyjaciółka też czeka. Po północy dano mi piguły i kroplówkę, dopytywałam co mi podano ale tylko się dowiedziałam, że coś na obniżenie ciśnienia, na uspokojenie, przeciwbólowo i przeciwwymiotnie. Wreszcie pomogli, około pierwszej głowa przestała boleć, odrętwienie się zmniejszyło, osłabienie znikło i wypisali do domu z kartą informacyjną o 1.30. Myślę, że to wszystko mogłam dostać kilka godzin wcześniej, nie było tu nic trudnego, sama bym to sobie zapisała gdybym nie była w lekkim szoku. Taksówką do Przyjaciółki i o 2 jesteśmy w jej mieszkaniu. Herbatka, przebieranie i przed trzecią usypiamy. 
To subiektywna ocena służby zdrowia: z boku to wygląda na dużo zamieszania, procedur, papierków i dupochronów, może z wewnątrz ma to sens ale nie o człowieka tu idzie. Bo z tych 12 godzin pobytu w placówkach, troszkę ponad godzinę to badanie i leczenie, reszta to czekanie. 
Oj, nie była to przygoda tylko ostrzeżenie, na szczęście lekkie. Teraz już butki babciowe, swetrów pod płaszcz na cebulkę, czapa na głowę, na to kaptur - a nie fiu bździu z gołą głową. W razie upadku będzie miało co amortyzować.

Teraz jestem na zwolnieniu lekarskim i to jakim! Z lekarską wizytą domową, nakazem przebywania w domu przez tydzień, dużej ilości picia i leniuchowania, z zakazem nawet małego wysiłku. Więc nie ma mowy w najbliższym czasie o wyjeździe do chatty. Dlatego sobie wspominam ostatni pobyt. Niewiele było już wtedy grzybów więc suszyłam jabłka na czipsy.

Zapełniłam taras drewnem, powinno wystarczyć do końca roku na lekką, czyli taką jak ostatnio, zimę.


Spacery po lasach i łąkach w bezśnieżny czas. Dziwne! Liści już nie ma, drzewa nie stawiają oporu przy silnych wiatrach a tyle powalonych. Sarenka też była ale uciekła i zostawiła dary dla lasu!

Potem z nudów oglądam i sortuję kosturki, które przynoszę czasem z lasu. Czasem, bo choć właściwie za każdym razem, idąc na grzyby, zaczynam spacer od poszukania odpowiedniej, suchej gałęzi na kosturek, to najwcześniej przy pierwszym a najpóźniej przy piątym znalezionym grzybie go gubię. Wtedy znajduję sobie nowy, potem nowszy i te ostatnie udaje mi się czasem donieść na skraj. Właściwie to nadają się one tylko na spalenie ale żal mi ich i te ładniejsze wstawiam do stojaka na tarasie a te drapaki przy wiacie obok kręgu ognia. Służą mi do grzebania w ogniu, do wyciągania ziemniaków z żaru, czasem jako podpórka do wysokich ale wiotkich kwiatów i warzyw.

A to zdjęcia słońca nisko nad horyzontem. Wschodzi czy zachodzi? Łatwo odgadnąć?
Od jutra żwawa siedemdziesiątka z takim Aniołem Stróżem!!!