sobota, 18 maja 2013

Wokół Zofiji czyli Zoni



Nadal obowiązuje ksywka: Krystynka na ostatnią chwilę. Umówiona w piątek w samo południe na przywiezienie piasku płukanego, miałam w planie wyjechać w czwartek popołudniu, by znaleźć miejsce na górę piasku i na kwiaty które dostałam od C. Ale południe i popołudnie było tak gorące i męczące, naprawa reflektorów, wyjaśnienie sumy odszkodowania, że wieczorem marzyłam tylko o odpoczynku a nie o pakowaniu i jeździe. Postanowiłam jechać jutro rano. Ale jak rano jeśli wstałam o 9 tej, śniadanie, kąpiel, pakowanie, tankowanie w CPN i bankomacie – w Brzózie jestem 12.12 czyli po czasie. Dzwonię, że już jestem a oni, że wyjechali. W miastowych ciuchach obkaszam miejsce gdzie chcę mieć piach a potem miejsce gdzie to jest możliwe, w upalne południe grabię co skoszone, rozwijam folię pod piach, padam na schodki w cieniu i widzę, że już dojeżdżają wielkim transporterem, ledwo, o milimetry mieszcząc się miedzy słupkami bramy. Zsypują część na folię a część poza. Wielka góra na środku działki. Gdy odjeżdżają zabezpieczam piasek drugą folią, cegłami i znowu padam na schodki po północnej stronie, bo 28 w cieniu. Resztki pracowitości rozpuszczone w upale, czas na sjestę. I to był przedni pomysł bo wstałam rześka i wypoczęta, pospacerowałam z aparatem,posadziłam, podlałam, zagrabiłam co trzeba i już wieczór. 
Od rana gorąco a ja czekam z kawką aż słońce osuszy rosę by wykosić trawę obok chatty. Wreszcie obkaszam i zaczyna się czekanie by sianko obeschło. Pakuję się, grabię i wykładam trawępod lipą, przy niezabudkach. Ruszam do Mielcaale w Sokołowie moje autko, jak koń do stajni. Dopiero w Nienadówce zorientowałam się, że miało być inaczej a jest jak zwykle bo nie skręciłam i jadę do Rzeszowa.  Zawróciłam i 20 minut w plecy. W Mielcu gościnnie i rodzinnie, czule i smakowicie – jak to w domu rodzinnym. 
W samo południe jedziemy do Zoni, mojej ulubionej bratowej na imieninki. I znowu gościnnie i smakowicie tak, że ledwo się ruszam z przejedzenia.
Dobrze, że kilkuletni Karolek wyciąga mnie na sesje foto, ma bestyjka talent, bo mi robi kilka, wcale udanych portretów, przy ulubionej, wymarzonej wannie pod chmurką.Popołudniu wracam do Brzózki bo jutro raniusieńko przychodzą murarze. Kładę się wcześnie do łóżeczka  i czytam „Zew natury”, gdzie żyje Irlandczyk, mieszkając na Alasce w namiocie, przy minus 40 stopniach mrozu, topiąc wodę ze śniegu i polując. Słyszę, że wiatr się wzmaga, co jest dziwne bo wieczorem z reguły zacicha a na burze się nie zanosi bo cały dzień zimno i mokro, 14 stopni i mżawka. Jakże się myliłam. Zrazu słyszę grzmoty daleka, zaczyna padać mocny deszcz, wygrzebuję się z pościeli i wychodzę na taras. Nie ma błyskawic ale niebo rozjaśnia się co chwilę, na moment, w jasny dzień, gdzieś jest burza ale daleko. Dudni od grzmotów, deszcz coraz większy stuka o dachy a dookoła same blaszane. Istna kanonada. Burza coraz bliżej, błysk za błyskiem - kuźwa! - dopiero sprało mi autko. Szukam plandeki, ubieram sztormiak i kalosze i w ulewie naciągam plandekę na Fordzika. Niewiele to pomoże jeśli znowu będzie grad ale ja zrobiłam co mogłam. Chowam się do chatty bo psychicznie jest gorzej niż 3 maja, wtedy gradobicie było w dzień, wokół mnóstwo ludzi, obok Przyjaciółka, mili sąsiedzi w zasięgu wzroku i głosu. A dziś ciemno i pusto jak to w niedzielny wieczór. Grzmoty się przetaczają przez niebo, błyskawic nie widzę bo pozasłaniałam okna, puszczam radio prawie na full by zagłuszyć burzę i strach. Właściwie to sama nie wiem, czego się konkretnie boję a w dodatku nie ma prawa być majowej burzy po całym dniu chłodnym i dżdżystym. Nie da się czytać, nie da się spać ….. nagle radio cichnie, tylko jakiś niewyraźny szum. Niebo szaleje i się gniewa okrutnie, lepiej już widzieć a nie tylko słyszeć, bo wtedy włącza się wyobraźnia. Wychodzę na taras, piękne błyskawice, widowiskowe i fotogeniczne, na moment rozjaśniają świat jak słońce. Poprawiam plandekę bo spadła z autka. Wydaje mi się że te błyskawice dokładnie nad moją chattą i chociaż wiem, że to tylko złudzenie, wskakuję do środka. I wtedy …. światło mruga a potem gaśnie ale to mi natychmiast przypomina, że trzeba zapalić świece. Z tego strachu tak zgłupiałam, że zapomniałam o najprostszych, najpewniejszych i najskuteczniejszych sposobach ochrony i obrony. Poszłam do gospodarczego, wymacałam dwa wkłady woskowe i dwa światełka cytrynowe. Zapaliłam wkład, wstawiłam do latarenki i poszłam wyłączyć korki. Zapaliłam resztę świateł i od razu poczułam się lepiej, bezpieczniej i spokojniej. W migotliwym świetle świec jakoś bledną błyskawice w zasłoniętych oknach. Co i raz wychodzę na taras, nie ma wiatru, to i dobrze bo plandeka trzyma się na autku ale i źle, bo burza będzie kołować i stać nad moja chattą, nie ma jej co przepędzić, mój Anioł Stróż za słaby. Spać się nie da, przenoszę się na fotel, obstawiam światłami świec i pisze, piszę, piszę z przerwami na „ chwalcie łąki umajone”. Robi mi się coraz lepiej we wnętrzu i troszkę jakby spokojnieje na zewnątrz. Już 23-cia, burza chyba wreszcie odchodzi na zachód. Wychodzę z latarenką na taras, rzeczywiście burza słabnie, jeszcze pomrukuje gniewnie ale deszcz coraz mniejszy i błyski zamiast błyskawic. Wracam do łóżeczka ale już nie uruchamiam prądu, gaszę dwa wkłady, zostawiam światełka, one się palą ponad cztery godziny. Nastawiam budzik na 6.30 i szybko zasypiam. Pamiętać, by w przypadku następnej burzy wyłączyć korki i zapalić świece, bo te burze są i będą chyba coraz bardziej groźne i to czego w mieście, w bloku nawet się nie zauważa, tutaj urasta a właściwie odzyskuje swoją żywiołową, dziką naturę i moc.
 „Świat przed katastrofą zawsze wygląda tak cicho i spokojnie. …- myślała zachwycona: O, jak wspaniale! Cóż ja poradzę, biedna, mała Filifionka, przeciwko wielkim siłom przyrody?”



Wstałam jak budzik kazał, salon wystudzony do 10 stopni. Włączyłam korki, uruchomiłam kaloryferek i wyszłam zdjąć plandekę z Forda i obejść działkę. Mocno ulało i zaklepało to co się próbowało podnieść po gradzie. Ale zaraz przyjadą murarze i nie ma czasu na żale. Korzystając z transportu kupuję 60 l worek ziemi i kosz na drewno. Gdy oni robią posadzkę, ja sadzę 5 pomidorów, 4 selery, 2 bazylie i doniczkę roślin na taras.

 Kończymy w samo południe i jedziemy po deski do szalunku a ja za 5 zł kupuję piękny pniak do rąbania drewna. Stawiam na stole colę, mineralną, trzy piwa i sernik od Zoni, serniczek znika jako pierwszy, potem cola i piwo. Wylewają ławę pod schowek, sprzątają narzędzia i teren, rozliczam się i już 15 ta, uwalam się na schodkach, zmęczona nie wiem czym. Czas na obiad, rozpalam ognisko suchymi gałęziami spod tarasu. Niebo się zachmurza coraz bardziej, niech jeszcze ze dwie godzinki nie pada, bo planuję na obiad pieczone na kratce udka i ziemniaczki z popiołu. Gdy się pieką, czytam „Zew natury” gdzie Guy buduje chatę z pni i bali, na Alasce w zimie, przy minus 60 stopniach. Moje przygody w Brzózie, nawet z gradem, burzami i przemakającym dachem to pikuś. 

Dziś tylko czekam na stolarza, by przeszlifował drzwi od łazienki, bo jak spuchły po zalaniu już nie powróciły do normy. Dzień odpoczynku bo wczorajszy, chociaż nie przepracowany, był stresujący. Wyplewić grządkę z dzikim winem od wschodu, skończyć koszenie, oczyścić z chwastów pas żywopłotu – zejdzie cały dzień. Ale głównie zeszło na włóczeniu się z aparatem po bliziutkiej okolicy. Pisałam po kawałku i taki też patchwork wyszedł w tym poście

czwartek, 9 maja 2013

MAJÓWKA Z PRZYJACIÓŁKĄ



Pośniadana, popakowana, po drodze zgarnęłam Krystynę i szybko, nie wiadomo kiedy jesteśmy w Brzózce. Wyskakujemy z autka i najpierw obiegamy posiadłość, ja z okularami, K z aparatem. Tu przekwitło, tam zakwitło, skiełkowało, są jaszczurki przy chatcie i chociaż dzień bez słońca i tak budzi zachwyt. Po rozpakowaniu idziemy do lasu. Powalone drzewa na polanach, ptaszka uciekająca spod stóp, gniazdko z czterema jajeczkami, pijane wiosną motyle, grzęzawiska z kaczeńcami – z Przyjaciółką las odsłania swoje tajemnice. Po powrocie ogarnięcie chatty i rytualne rozpalanie ognia. Pielimy, piłujemy, wykopujemy, dokładamy do ognia – niech się święci 1 maja. Gdy żaru dość, wkładamy do niego ziemniaczki. K porządkuje leśną działkę a ja pilnuję ziemniaczków. Przewracam je na drugą stronę, K robi sałatkę a ja przyrządzam grillowanego łososia. Uczta do bólu, gorąca herbatka i przed snem idziemy na przedwieczorny spacer. Ponieważ obie jesteśmy po niedospanej nocy a mamy zamiar iść raniusieńko na wschód słońca, kokosimy się w łóżeczkach, Krystyna w pokoju gościnnym a ja w salonie. Jeszcze coś czytam, jeszcze coś słucham i powoli zapadam w sen. Ale nie na długo, bo budzą mnie samochodowe amory za płotem, w autku pewnie ciasno, co przysnę to włącza się klakson. Świt pochmurny, jam niewyspana – nie będzie wyprawy na wschód słońca.


Okazuje się, że Krystyna też nie spała przez te amory i klaksony. Wstajemy później, dzień szary i ponury ale ubieramy się ciepło, asekuracyjnie bierzemy peleryny przeciwdeszczowe i do lasu. I tu się okazuje, że nie mam aparatu. Przeszukujemy każdy kątek i zakątek ze trzy razy i nic. Nie ma. Został w domu razem z aparatem do mierzenia ciśnienia i ładowarkami. Dobrze, że Przyjaciółka nie zapomniała o swoim, w dodatku to ona jest mistrzynią i miłośniczką fotografii. Tutaj jej album. Wszystko obudzone już do życia, ptaszki, jaszczurki, motylki, mrówki, robaczki mozolą się z radością nad pomnażaniem potomstwa (jak wczoraj para w samochodzie nocą).Z Przyjaciółką widzę szczegóły i detale, które mi umykają, gdy idę sama do lasu, skupiona na innych celach i chodzę utartymi ścieżkami bo etap poznawania, zwiedzania i fascynacji mam już za sobą. A dziś, pół kroku za nią, bez kosza, wiadra, worka, taczki, aparatu – od nowa lub na nowo widzę „moje łąki, moje lasy, moje polany, mój potok”. I niemoich mieszkańców i sąsiadów tychże, także.
 Po powrocie trochę pracy na grządkach, ognisko i kurczak pieczony w folii, sałatka dosmaczana grządkowymi, mizernymi jeszcze plonami. Drugi spacer po leśne roślinki na uporządkowaną, prywatną leśną grządkę, dokładanie do ognia i przeglądanie zdjęć z dzisiejszych spacerów, pieczenie ziemniaczków w popiele.  

I już noc i chociaż cały dzień słońca jak na lekarstwo, niebo obiecująco wygwieżdżone.


Spałam nadspodziewanie dobrze, chociaż dach przeciekał w kuchni ale tak niewiele, że wystarczył garnek i 3 ścierki by zebrać przeciekającą wodę w ryzach. Ranek zimny ale po kawce idziemy w las i na łąki by zobaczyć, jakie spustoszenie i szkody poczyniło tam gradobicie. Nadspodziewanie niewielkie straty z pozycji ludzkiego oka. Jedynie wczoraj wyklute ptaszki, obserwowane przez przyjaciółkę od kilku dni, nie przeżyły ale litościwa natura tak ukryła tę łąkową tragedię, że dopiero po długim, uporczywym szukaniu znalazłyśmy zniszczone gniazdo. I brak motyli, ważek, mrówek przy pracy. Woda w Tarlace wysoka i brunatna, wszędzie – na ścieżkach, pniach, gałęziach, mchu i poszyciu zielono od listków, kitek sosnowych, gałązeczek świerkowych. Na zaprzyjaźnionym blogu cudnie i poetycko skomentował to autor: „Jest taki grad, co dukty leśne zazielenia”. Spacer z K to niespodzianki i nadzwyczajne spotkania. Dziś bocian na łowach, w locie i pozujący na latarni a potem bóbr o którym się mówi, że widzieli go nieliczni i tylko o wczesnym świcie. Z Przyjaciółką widzę więcej fauny w kilka dni niż sama w rok, ja naturę kocham powierzchownie, jako tło i w ogóle, a Przyjaciółka dogłębnie, jako ekosystem i raczej w szczególe. Dzień bez słońca, po wczorajszym żywiole wilgotny i ponury, na obiad zupa jakby rosołowa, syta i rozgrzewająca. Wieczorem palimy ognisko na grillu, troszkę węgla, dużo gałęzi i rytualnie pieczemy ziemniaczki. Przed zaśnięciem dumam, jak tak różne Kobiety, Krystyny się zaprzyjaźniły. Ona, Krystyna, madame C – wrażliwa, empatyczna, mistrzyni detalu i szczegółu, estetka i artystka, melancholijna i lubiąca porządek – i ja, jej przeciwieństwo, Krystynka i Lola P, egoistka i spontaniczna szałaputka, bałaganiara, mistrzyni swobody i wygody. Ech, życie!

poniedziałek, 6 maja 2013

EKSTREMALNE GRADOBICIE TRZECIOMAJOWE ROKU 2013-tego

W nocy obudził mnie silny wiatr telepiący moim biednym starym dachem, grzmoty i huki z daleka. Nie, żebym się bała ale wolałam schować głowę pod kołdrę, no bo gdyby, w razie czego, załamał się i spadł na głowę to wolałam by ona, ta głowa była osłonięta, przyda mi się jeszcze. No ale ile można tak pod kołdrą - ciasno i duszno. Wytknęłam głowę i całość, nadsłuchuję czy miły gość się nie obudził i nagle wyskakuję z łóżka jak z procy, bo wiatr otworzył okno i trzaska nim o framugę. Mam staroświeckie okno, zamykane na haczyk z pętelką i ono czasem, nawet samo z siebie się otwiera a dla takiej wichury to betka. Zamknęłam okno, zahaczyłam, wcisnęłam do pętelki kawałeczek szmatki co mi po ciemaczku weszła pod rękę. W samą porę, bo do wiatru dołączył deszcz i zaczął pukać w ten nieszczęsny dach. Po chwili się uspokoiło, wstałam, obiegłam działkę by się upewnić, że wszystko zabezpieczone i usnęłam. Skąd wiedziałam, że będzie nawrót? Bo był i to gorszy niż pierwszy, o dach wali ulewa, za oknem błyska jasnym światłem, tępo huczy z oddali - oj, to oczyszczająca majowa burza po niezbyt upalnym dniu. Coś ciurka głośno i chociaż sprawdzam że to nie sufit w kuchni to i tak nie uspakaja i nie daje spać. Skąd i dokąd, do cholerci, tak ciurczy? Włączam radio by zagłuszało lęk i ciurkanie, otwieram Książkę i pierwsze zdanie na jakie trafiam: "Na dworze wiatr rozpętał taką furię, że jeśli nie wypełnię miłością tej chaty, to może się rozpaść". I to zdanie przepędza mój lęk, wyłączam radio i całkiem spokojnie podrzemuję w ciepłym i suchym łóżeczku, gdy za oknem wojna żywiołów, bo jest i trzeci nawrót wiatru i deszczu. Co i raz budzę się i sprawdzam czy nie kapie z sufitu ale zaraz zapadam w drzemkę i tak do poranka dnia następnego. Nie kapie.
Poranek ciepły i parny. Natura rozśpiewana wdzięcznością więc i my też, z kawką i herbatką fotelimy na tarasie i popadamy w stan bliski błogości. Czekamy na słońce. Dopiero koło południa wychodzi na dobre. Bierzemy worek i wiadro na korę do leśnej grządki wyplewionej i uporządkowanej wczoraj przez moją miłą przyjaciółkę, madame C. Po godzinie przynosimy obfity plon kory ale i kleszcza na dekolcie C. Niebezpiecznie, parno, duszno - ja zapadam na północnym tarasie w topie i leciutkiej spódnicy, z zeszytem, ołówkiem i okularami a C ubiera golf i kapelusz (pozbywszy się wcześniej kleszcza u miłej sąsiadki Krysi) i idzie polować z aparatem na ważki, motyle, pajączki ..... Podziwiam jej samozaparcie, entuzjazm i determinację - platonicznie. Piszę i piszę a madame C grasuje gdzieś wśród badylków, traw, szuwarów. Więc otwieram Sylwaina i czytam: "Człowiek wolny panuje nad czasem". No, no! Ja uważam, że człowiek wolny nie ma potrzeby panować nad czymkolwiek. Dziś za gorąco na ognisko, sama decyduję, że na obiad będzie makaron w ziołowym sosie. Gotuję makaron na al dente gdy wraca C, zachwycona i pełna wrażeń. Zabiera się za sos do makaronu, jest masło, kostka rosołowa i zioła z grządek czyli przede wszystkim bazylia (z 3 kęp uszczknięta ostrożnie by się rozkrzewiały), oregano, tymianek, siedmiolatka, szałwia. Sałatka z pomidorów, ogórków, rzodkiewki, cytryny. Objadamy się przy śniadaniowym siedzisku, potem siadamy z piwkiem na tarasie i oglądamy foty z dzisiejszej wyprawy madame C. Świętujemy 3 maja! Trochę się ściemnia, światło bardziej świetliste i nagle ..... tu nie pamiętam szczegółów i kolejności .... zewsząd spada wielki grad. Kulki coraz większe. Najpierw jak grochy, potem jak fasolki, jak orzechy, jak jajka - walą o dach, o taras, o samochód. W szoku zbieram książkę, zeszyt, szkło się rozbija o taras, dostaję histerycznego chichotu, bosa i bezsilna. A żywioł szaleje, tratuje zioła misternie uskubane, młode sadzonki warzyw i kwiatów, obrywa liście i gałęzie z drzew, zarzuca trawnik białymi kulami. Temperatura spada w kilka minut z 24 do 3 stopni ale w emocjach tego się nie czuje, miotamy się bezładnie, C foci, ja biegam w klapkach po działce. Nie panuję nad rzeczywistością, nad czasem, nad emocjami, nad rozumem, podobno TO trwało niespełna godzinę. Żywioł odchodzi, wokół wyją syreny strażackie, na top z szeleczkami narzucam polar i w klapkach brodzę po gradowych kulkach by ocenić straty ale bez okularów by się za bardzo nie stresować. Zbite i stłamszone wszystko co wzeszło na grządkach, co zielone i delikatne, w autku potłuczone reflektory, dołki na daszku i na boku, reszta zasypana liśćmi, może szkody są większe a może nie. Droga przemieniona w białą, spienioną rzekę, biel gradu okrywa trawnik i grządki. Dopiero teraz przychodzi refleksja, że trzeba było okryć autko kocem lub plandeką, trzeba było nakręcić filmik aparatem. Ale takie ekstremalne chociaż naturalne zjawiska przyrodnicze, zwłaszcza jak zdarzają się pierwszy raz w 66 letnim życiu, wyłączają rozum, bo nie ma odnośnika, doświadczenia przeżytego przez siebie lub przez bliskich by było się na czym oprzeć. Czy zadziałał instynkt i biologia bo nie wchodziłyśmy do chatty (dach mógł się zawalić), tylko oniemiałe trwałyśmy na tarasie, osłonięte ale w pogotowiu na ucieczkę? Ale też po prawdzie żal byłoby przegapić taki absolutnie niezwykły żywioł. Emocje powoli opadają, zaczyna się sprawdzanie poza swoim terenem. Komuś wybiło szybę i ma basen w swoim salonie, podziurawiło dach, ściany z sidingu, rozłamało drzewo, podziurawiło autka. A syreny nadal wyją. Ze wsi przychodzi wiadomość, że porozbijało szyby, potłukło dachy, pozalewało; że pali się las w trzech miejscach. Zdejmuję przemoczony polar i ubieram sztormiak (rychło w czas). Nalewam po szklance mołdawskiego winka i wypijam pół szklanki duszkiem. C, równie przemoczona fotografuje skutki, widoki i impresje "po  żywiole" a ja dzielę się szczęściem i nieszczęściem, stratami i łaskami, z sąsiadami bliższymi i dalszymi. Romantyzm i pozytywizm, Ona i Ja. Właściwie to tylko C jest absolutnie szczęśliwa w tych mgłach, klimatach, oparach. Powoli ogarniamy skutki i efekty chociaż nie powody i przyczyny. U sąsiadów podlewamy stres Tokajem Aszu gdy znowu się ściemnia. Każdy pędzi na swoje. W deszczu prowizorycznie, folią i gałęziami, zabezpieczamy stłuczone reflektory, reszta i tak stracona. Ten nawrót już mniej groźny ale nasączony dach zaczyna kapać tu i tam, głównie w kuchni. C sortuje zdjęcia a ja piszę relację z tego żywiołu, o którym wszyscy, bez względu na wiek mówią: jak żyję czegoś takiego nie widziałam, -łem. Wreszcie wchodzimy do chatty, podkładamy garnek, kocyk i ścierki tam, gdzie najbardziej kapie i przegadujemy emocje bo uładzić ich się nie da, tak buzują w ciele. Składam dzięki dachowi chatty, że się nie zapadł i nie złożył pod wpływem tak ogromnego żywiołu (choć pewnie miał prawo), bo teraz wierzę i wiem, że wytrzyma i ochroni. Maleńka kolacyjka pod lekarstwa i wcześnie idziemy spać bo emocje wyczerpujące ale .... nie da się spać. Zeszyt, ołówek, okulary i próbuję utrwalić wrażenia z popołudnia. Radyjko cicho gra, dzikie autka przejeżdżają lub się zatrzymują, słychać hałasy, krzyki, trzaskanie ale mnie to dziś nie rusza. Piszę, skreślam, piszę, wymazuję - trudno zapisać taki żywioł i takie emocje. Otwieram Książkę: "Chata stoi pośrodku buddyjskiego koła życia, na granicy świata jeziornego, leśnego ..." Usypiam.
Dziś dostaję filmik, który ktoś przytomnie nakręcił telefonem. 2 minuty nawałnicy

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

MOJE KSYWKI


       Od rana dzień bardzo ciepły, powoli się pakuję, powoli śniadam, powoli ogarniam mieszkanie, powoli ustalam trasę, plan i oczywiście wyjeżdżam w największy upał. Pół biedy jak jadę ale gdy się zatrzymuję (pod bankiem, spółdzielnią, stacją benzynową, sklepem, barem) – istna sauna. A przecież ubrałam się stosownie, sandałki i lekki podkoszulek. Więc jeszcze jeden przystanek w pałacowym parku bo skusił mnie zielenią i kolorem. Gdy wreszcie zajeżdżam na miejsce, w cieniu 27 stopni. Uwalam się na tarasie od północy i odpoczywam od miasta i od podróży. Dookoła bladozielona delikatność wiosny i jednocześnie upał lata. Po odpoczynku obchodzę grządki i widzę suchość, ziarenka i korzonki śpią w suchej, spękanej ziemi, puściły tylko cebulki irysa blue magic. Ale drzewom i krzewom to nie przeszkadza, pączkują i listkują aż miło patrzeć. Chociaż żal, bo lipka chyba chora.O zmierzchu długo podlewam to co poprzednio zasiane i zasadzone, z dzisiejszych nasadzeń tylko bazylia z doniczki, dorodna i zielona, podzielona na kępki. Zanęcam Władzię leśną by przyjechała rozpocząć sezon, pogaduję z sąsiadeczką Krysią przy płocie i już Wojtek rozpala ognisko. I dobrze bardzo, bo mnie się dziś totalnie nic nie chce. Zostaję zaproszona do nich na pieczone ziemniaczki i częstują jeszcze Tokajem Aszu. Ambrozja i nektar, świętujemy jak bogowie towarzyskie rozpoczęcie sezonu. Wieczór ciepły jak w lipcu, leniwie wakacyjny.
Dzień 2

       Słaby dzień. Planowałam wysprzątać chattę albo chociaż pokój gościnny na przyjęcie majowych gości ale niskie ciśnienie, porywisty wiatr, upał 28 stopni w cieniu, nie sprzyjają planom.Tu zaczęłam, tam przestawiłam i odstawiłam, ówdzie przeniosłam i rozpakowałam i zrobił się jeszcze większy bardak, jak to w trakcie sprzątania. „Duch wprawdzie ochoczy ale ciało słabe” – Mt 26, 41 – ale u mnie duch też słaby i mdły. A ponieważ nie mogłam patrzeć na ten bałagan, uciekałam na taras a tam wygodny fotel i moja nowa zdobycz. Zaczynam czytać i wciąga mnie ta recepta na szczęście: „okno na Bajkał i przy tym oknie stół”. Próbowałam tu zamieścić zwiastun tej ksiażki ale mi się nie udało. Przyszła Władzia narożna i przyniosła mi słoiki nasion, wielkie słoiki, myślałam, że to na jakąś zupę a to do rozsiania. Bordowe proso i koper swojski, można obsiać z hektar. Ale nie obsiewam nawet grządki, jestem w zagubionej chacie nad brzegiem Bajkału."Tesson nazywa siebie współczesnym pustelnikiem – eremitą. Wprowadza w świat swoich rozmyślań, lektur i nade wszystko pozwala podziwiać i kontemplować piękno nieskażonej jeszcze przyrody we wszystkich szczegółach i odcieniach"

Dzień 3

Nad ranem obudził mnie deszcz. Jeszcze przez jakiś czas będę mieć ambiwalentne uczucia bo i strach, że dach przecieknie i znowu zaleje (mogę mieć ksywkę czyli nicka: Krystynka olaboga) ale także radość, że podlewa zielone, nawilża ziemię i te wszystkie nasionka, cebulki, kłącza, sadzonki które pracowicie wtykam od ponad dwóch tygodni. Mogłabym kontynuować sprzątanie bo deszcz na zewnątrz niby nie przeszkadza ale punkt skupienia gdzie indziej. W chatcie co i raz spoglądam i sprawdzam czy sufit i ściany nie wilgotne. A na zewnątrz ten deszcz cudny, ciepły, monotonny więc ubieram sztormiak i urabiam wilgotną glebę i sieję na grządkach maciejkę, sałatę, koper, bazylię a nad potokiem niezapominajki i rumianek. Jak na niedzielę to i tak dużo. Trudno, będę sprzątać przy gościu, mogę mieć też ksywkę: Krystynka na ostatnią chwilę.
Gdy wróciłam, w moim miasteczku już maj, wszystko w rozkwicie, w kolorach żółci i bieli!