sobota, 21 stycznia 2017

Hu, chu, ha - zima zła?

Może i zła ale jaka piękna!
Tak cudnie wygląda rankiem z okien.

 A co dopiero jak się wyjdzie na niespieszny, nawet niedaleki i ostrożny spacer. Bajecznie! Niektóre drzewka i krzewy jak krzaki bawełny, niektóre siwe. Ogólnie biało, szaro, pastelowo, świat bez barw i kolorów, zahibernowany i senny pod białą pierzynką.

Teraz bardziej kolorowo bo też smakowita ta zima, pachnąca czosnkiem, cebulą, porami, szpinakiem!
Na przykład prosta ale przepyszna, biała, rozgrzewająca zupa z czosnku, cebuli i porów przesmażonych na klarowanym maśle, zalanych bulionem i gotowanych z dodatkiem ziemniaków w kawałkach i startego selera. Może i nie wygląda ona ponętnie ale smakuje obłędnie ( nie lubię tego słowa ale teraz, po zjedzeniu trzech talerzy trudno mi znaleźć lepsze).

Albo szpinak we francuskim cieście, którego połowa (ciasta a nie szpinaku) została mi po eksperymencie z zapiekanymi sznycelkami mielonymi. Na patelnię troszkę masła czosnkowego domowego i dużo czosnku, na to szpinak mrożony, sól i podsmażam. Tym razem i wygląda ponętnie i smakuje takoż, zwłaszcza dwa pierwsze kawałeczki jeszcze na gorąco i te trzy następne na letnio! Chociaż zapomniałam dodać, jako wykończenie farszu, pestek słonecznika, bo wtedy to byłaby petarda!
Rzadko w którym poście tyle daję wykrzykników ale tak było cudnie i smakowicie, że trzeba było.

Od lat, odkąd moje wnuki już nie wczesnoszkolne, nie dostaję takich laurek ale zawsze, w dniu Babci, wyszukuję je i czytam i uśmiecham się z miłością. Dzieci są takie szczere, otwarte, bezpośrednie. Jak dobrze być babcią! I chociaż tyle lat już minęło i domki w Brzózie zmieniły mi się w raj, to mojej głowy nie obrosła mądrość a nawet jakby wręcz przeciwnie.

Przypomniałam sobie, że mam na youtube swoje filmiki z ogniem i teraz, gdy do chatty daleko postanowiłam je odszukać i pooglądać jak zatęsknię.

wtorek, 17 stycznia 2017

Zimowy sen chatty

Stara chatta mocno śpi! Śpi zimowo, mocno jak stary niedźwiedź. Od dawna planowałam przyjechać na zwiady, na obejście i spacer. Przywieść bardzo ciepłe ciuchy i trochę jedzenia, w planie powrót jeszcze w tym samym dniu. No chyba, że mi odbije i zdecyduję się ją obudzić i zostać ale wtedy może być zła, jak ten niedźwiedź z bajeczki.
Ale wyjechać w piątek, 13 tego ? Mus, bo Zosia Jaworowa mnie zawstydziła. Tak jakoś napisała w ostatnim poście Nitek losu: "Mężczyzna wykrzyknął: Chce Ci się tak daleko chodzić w taki mroźny czas! A Zosia odpowiedziała: Oj Grzesiu, przecież tu nie ma nic do rzeczy czy mi się chce. Jak trzeba to trzeba" Dałam w cudzysłów choć to nie cytat ale mniej więcej taki był sens tych dwóch mądrych i motywujących zdań.
A mnie trzeba i dziękuję Wam Jaworowi Ludzie, że mi to przypominacie i uświadamiacie.
I cóż z tego, że piątek i trzynastego, że pogoda niepewna i tyle innych niewiadomych? Jak trzeba to trza! Jeśli nie teraz to kiedy?
A niewiadomych było sporo:
1. Po pierwsze ile jest śniegu przed garażem, czy dam radę go odwalić i czy otworzę drzwi?        Odwaliłam i otworzyłam!
2. Po drugie czy autko się uruchomi bo stoi w nieogrzewanym garażu już trzy tygodnie? Zapaliło!
3. Po trzecie czy ustawianie zbieżności kół można wykonać 'od ręki' bez uprzedniego umawiania?    Można!
Jak już odwaliłam, otworzyłam, zapaliłam i ustawiono zbieżność to hajda do lasu i do chatty.
Zajechałam w samo południe, chociaż w głowie kołatały kolejne pytania:
4. Czy dojadę do chatty po nieodśnieżonej zalewowej drodze? Dojechałam, bo odśnieżona.
5. Czy otworzę furtkę, kłódkę i bramę? Furtkę otworzyłam ale brama ani drgnęła, nie da się otworzyć     kłódki a bolec blokujący zamarzł w ziemi.
Weszłam na działkę w śniegu do kostek, chattę otworzyłam bez trudu, choć trzeba było odmieść śnieg spod drzwi. W środku wszystko zamarznięte i zimne, woda i pościel, ciuchy i koce. W izbie minus 10 stopni. Trzeba podjąć decyzję. Mogłabym się zaprzeć i zmotywować, stopić śnieg i zagrzać wodę, odmrozić kłódkę i bolec - nie takie rzeczy się robiło w przeszłości ale cóż, nie chciało mi się a nie miał kto krzyknąć: to nie ma nic do rzeczy. Więc obeszłam włości i zauważyłam dwie szkody tuż za granicą. Wsadzone w listopadzie dwa cudne świerczki obcięte do krótkiego pieńka. Wolałabym by zrobiły to bobry, bo wiadoma, że nie lubią iglaków a więc to z głodu. Ale cięcia nie wyglądają na bobrze, to jakaś siekierka. Dlaczego? I po co? Komu przeszkadzały takie cudne świerczki nad potokiem? Może to jednak bobry jakieś nietypowe. Wolałabym. Bo hodowałam je od maleńkiego, były wielkości dłoni jak je wsadzałam i choć nie były kłopotliwe, same wyrosły i mnie przerosły przez 8 lat. A tej jesieni je przesadziłam za ogrodzenie, żeby i tam, nad potokiem było ładnie. Za ładne były, za domowe, za delikatne, za idealne.

Obeszłam okolicę, pusto i cicho, śniegu nie za wiele bo wywiało go i rozwiało.

Po powrocie usiadłam w zimnej izbie przy kuchennym oknie i dumam. Bo z jednej strony izba kusi, rozgrzać by ją ogniem z kominka, obudzić, przewietrzyć, posiedzieć, przenocować ... a z drugiej strony ani słońca ani kolorków, autko za płotem takie porzucone, chatta taka uśpiona zimowo ...

Wracam. Do ciepłego mieszkania, półek pełnych książek, pełnej lodówki, internetu, TV, ludzi wokół ...
I dobrze i szkoda, bo wieczorem nawiało, zasypało na biało i stała się zima jak z bajki, jak z dzieciństwa i młodości.

Tak tu pięknie ale myśl kołacze: Tam, na skraju, to dopiero jest teraz cudnie!!!

niedziela, 8 stycznia 2017

Spokojnie, by nie rzec, monotonnie

W pierwszych dniach Nowego Roku wybierałam się do chatty. Wprawdzie nie ma śniegu i słońca ale już się stęskniłam. Prognozy nienajlepsze, mrozy wielkie zapowiadają a ja tam bez bieżącej wody i piec nienażarty. I siedemdziesiątka na karku. Więc narazie nie, może na jeden dzień ale nie z nocowaniem.
Podglądam moje wcześniejsze stycznie i niby tam też monotonia ale po czasie okazuje się, że pozorna ona bo i fotel ukochany do czytania już mam i półki powieszone (choć może przydałaby się im zmiana miejsca) i szafki przycięte i blat kuchenny uzupełniony. Tak to niepostrzeżenie następują zmiany i udoskonalenia.

Więc narazie w mieszkaniu, nasmażyłam domowych kotletów mielonych i ugotowałam gar jarzynowej zimowej.
Kupiłam na Święta ciasto francuskie, miała być jakaś alternatywna strucla z owocami ale tyle było delicji, że przeleżało w lodówce. I teraz jak znalazł, gdy mi się już znudziły mielone z ziemniaczkami, z kaszą i z ryżem, zrobiłam mielone w cieście francuskim. Taka moja wersja smakołyka.

'Przypadkowo' zaczęłam czytać "Córkę papieża" Dario Fo. Każdy coś słyszał o Lukrecji Borgii, nie jest to lektura polecana przez Kościół. Nie byłam nawet w połowie, gdy zadzwonili do drzwi ministranci z pytaniem: "czy przyjmę księdza". Cóż, książka obiektywna, Kościół tam nie najświętszy ale nie wahałam się ani chwili i powiedziałam tak. Stół nadal był świąteczny, szybko dołożyłam Biblię, różaniec, wodę święconą i kropidło ( kto jeszcze ma w domu, pod ręką, wodę święconą i kropidło?). Nasz proboszcz niezwyczajny, od razu przeszedł na Ty, pogadaliśmy o podróżach, o wdzięczności i dziękczynieniu, przybiliśmy piątkę i zostałam z przekonaniem, że z kościołem dzisiaj nie jest jeszcze tak źle. Bo z Bogiem, to się wie, zawsze jest dobrze!

U nas mroźno, bardzo nawet, rano, gdy już wstaję czyli około 10 tej minus 20 stopni i to przy murze. A wczesnym popołudniem, gdy najcieplej i w słońcu, też niewiele więcej, ledwo dochodzi do minus 13.